wtorek, 25 czerwca 2019

CHOROWANIE, A MACIERZYŃSTWO

Pół roku temu zaczęłam pisać post o tych "gorszych stronach" rodzicielstwa...Wczoraj pomyślałam, że warto go dokończyć. Początek postu z przeszłości brzmiał "Oj dziś nie mam szcześliwego macierzyństwa ;), oczywiście jest to pół żartem powiedziane, ale czy któraś z was oczekując na dziecko myślała o takich dniach jak znów jest kaszel , katar i siedzenie w domu? Oczywiście myślę, iż większość z nas bała się takich chorób śmiertelnych itp. ale ja na przykład nie brałam pod uwagę, iż macierzyństwo to również okres dłuuuuugich przeziębień, okropnych gryp jelitowych, zatkanych nosów, bieganie po okulistach i alergologach. Dziś Józek z racji super pogody dostał kaszlu, Zuza zatkany nos, Zocha zęby....I tak siedzimy w domu-odcięci od świata- 2 dzień. "

Teraźniejszość ;) - W niedziele moje starsze Bąble, jak co roku, pojechały na obóz judo. My zaś z małą Zochą w niedziele spędziliśmy miło czas na poprawinach.
Jak znajomi dowiedzieli się, że Zuzka i Józek pojechali na obóz , słyszałam owe pytanie " I co ty będziesz robić bez tej dwójki?"...ja na to  "Będę odpoczywać i tyle "....Ale życie jak życie....swój odpoczynek rozpoczęłam od poranku z płaczem Zosieńki i wymiotach... Heheh i sama się do siebie uśmiechnęłam, jakie to śmieszne. Ale ja już przyzwyczaiłam się do takich sytuacji i akceptuje je w pełni i staram się zawsze widzieć tą "dobrą stronę" owej chorobowej sytuacji. Na przykład wczoraj poświeciłam swój cały czas Zosi, ani na minutę się nie rozstałyśmy od 7 rano do 21. I było mi tak cudownie, nie dlatego, że siedziałam w domu (kto mnie zna, wie, że ja nie potrafię siedzieć w domu), ale było mi cudownie, że w taki naturalny sposób czułam potrzebę bycia z Zochą, kiedy widziałam jak moja obecność, moje głaskanie po malutkiej główce daje jej ukojenie w bólu. Wczoraj dosłownie przeleżałam większość dnia z Zochą na kanapie, czytając jej książki jak i swoje, układając klocki, gilgocząc ją w brzusio.










Pooglądałam jakieś niezbyt wyszukane filmy, kiedy Zosieńka spała. I było mi tak dobrze, dziwnie dobrze, czułam "spełniające się " w 100l % macierzyństwo. Ta potrzeba Zosi, żebym było koło niej, że jej małe ciało przylega do mojego ciała, że czuję tą potrzebę bliskości- tej psychicznej jak i fizycznej- jest tak dla mnie mocnym doznaniem. Jak wczoraj tak siedziałam z Zochą, to przypomniało mi się jak Józio i Zuzia często chorowali- jak czasami było męcząco i upierdliwie, bo choroby się potrafiły ciągnąć do 2 miesięcy non stop. Czasami jak wiedziałam, że kolejny dzień mnie czeka, to aż wyć się chciało- kolejny dzień kaszląco-kichająco- marudny...ale starałam się wymyślać dla nich jakieś zabawy, robić im niespodzianki itd. i teraz jak myślę o tym czasie- to mam i oni też mają miłe wspomnienia- robiliśmy śmieszne rzeczy i  byliśmy razem i nikt nam nie przeszkadzał :). Pamiętam jak przyklejałam im arkusze szarego papieru na ściany w ich pokoju i jak oni się cieszyli i malowali, jak graliśmy w babington, jak odwracaliśmy fotel  do góry nogami i robiliśmy karuzele, jak robiliśmy na balkonie nasz mały domek z parasolek, jak razem gotowaliśmy, robiliśmy eksperymenty chemiczne. Mieliśmy mnóstwo czasu dla siebie- cudownego czasu, pełnego również gorszych momentów chorobowych, ale co najważniejsze byliśmy razem. :)…. Dziś mam kolejny dzień z Zochą. Rano obudziło mnie jej przytulenie do mnie, jak zwykle przydreptała ze swojego łóżeczka do mnie i mocno się przytuliła, jednocześnie biorąc moją rękę, żebym ją głaskała po głowie. Moja mama codziennie głaskała mnie po głowie, ona siedziała na kanapie, a ja kładłam jej głowę na nogi i mama delikatnie głaskała mnie po głowie, i ja tak samo robię swoim dzieciom - bardzo relaksujący czas. Jak już ją poprzytulałam i pogłaskałam, poszłyśmy razem robić śniadanie- Zocha siedziała na blacie, ja robiłam mini kanapki, Zocha oddała pół śniadania dla psa, obgryzła połowę pomidorków koktajlowych, narobiła bałaganu- ale tak było miło, widząc, że dziś lepiej się czuje i jaką radość ma, że znów jesteśmy razem. Potem poszłyśmy do ogrodu, poskakałyśmy na trampolinie, pozbierałyśmy maliny, wykąpałyśmy lalki w basenie. Teraz ja piszę, a Zocha ogląda swój ulubiony film "Idol" i przytula się do mnie. Zaraz wskoczymy razem do wanny, jak prawie co dzień. Tak myślę i czuję, że naprawdę fajnie jest widzieć lub starać się widzieć dobre strony nawet w tych "gorszych momentach". Ja będąc młodą mamą z Zuzią, na początku byłam trochę "podirytowana", że znów katar, znów kaszel i wymioty i nieprzespane noce, a trzeba było się uczyć na egzaminy itp. Teraz akceptuje to i staram się korzystać z każdej chwili- życie jest jedno, po co marudzić, lepiej "stworzyć" dobre myśli w głowie i żyć...po prostu być/starać się szczęśliwym, zawsze znajdziemy powody do smutku, to czemu nie szukać powodów do radości...

Zawsze jak moje dzieci są chore i opiekuję się nimi, myślę o tych spotkanych dzieciach w moim życiu, które nie mają rodziców lub innych opiekunów, które w trakcie choroby nikt nie przytuli, nie pogłaszcze...wtedy moje serce robi się jeszcze bardziej wrażliwe na gorsze dni moich ukochanych Bąbli  i mam ochotę "zalać" je swoją miłością :) :) 

Miłego dnia wszystkim rodzicom z chorymi dziećmi w tak piękny dzień  :) !!!


Paulina- mama  Zuzi , Józia i Zosi

sobota, 15 czerwca 2019

PRZEMYŚLENIA DŁUGOFALOWE ;) JA I 3 BĄBLI

      Oj długo mnie nie było, oj bardzo długo, ale wpadłam po uszy w moje macierzyństwo. Ten okres "nie-pisania" - to czas wielkiej nauki życia, wielu doświadczeń, radości i smutków... tak dokładnie po prostu życie- mógłby, ktoś inny pomyśleć i zapewne miał by racje - ale dla mnie ten czas jest wyjątkowy inaczej, mam wrażenie jak by moja dusza przeżywała jakieś specjalne doświadczenie. Może ktoś powie, że zwariowałam, że mam kryzys wieku lub może cierpie na deprywacje snu, ale moja psychika ma się dobrze, tylko " wskoczyła na wyższy poziom". Jest 1 w nocy, nie mogę zasnąć,obok mnie moja Zuzka, która też ma problem z zaśnięciem, więc ona ogląda coś na telefonie, a ja pomyślałam, że może w końcu wrócę do pisania mojego ukochanego bloga- mam w końcu czas!...Zacznę, że w ciągu roku czasu poznałam mnóstwo nowych ludzi, setki rozmów, miliony moich myśli....ale jedna myśl najważniejsza....jak ja kocham być mamą...jak moje dzieci stanowią moje światło życia... kiedy patrzę na moją, już nastoletnią Zuzie, serce mi pęka z miłości. Po mimo zmagania się z jej dorastającą psychiką i konfliktami między nami, ja codziennie słyszę od mojej ukochanej Zuzienki -" Mamo- wiesz, że Cię kocham...i jesteś cudowną mamą"...kiedy mój Józek całuje mnie w czoło i mówi rano "Kocham Cię ", kiedy najmłodsza Zocha biegnie i krzyczy "Mamuś" jak mnie widzi- to są te momenty, to jest ten najcenniejszy czas, to są właśnie te słowa, magiczne słowa, które dają mi siłę, dają radość, szczęście...wszystko co najlepsze płynie od dzieci...
Zawsze miałam w duszy ową potrzebę posiadania dzieci, ale mam wrażenie , że po urodzeniu Zosi, ta moja dusza stała się jeszcze bardziej wrażliwa, bardziej doceniająca każdy dzień, każdą minutę spędzoną z dziećmi, uśmiech każdego z nich. Jest to niesamowite uczucie, takie szczęście!!!

Oczywiście, żeby nie wyszło, że mój każdy dzień z dziećmi jest  słodki jak cukierek, oczywiście są gorsze dni, kiedy marzę o chwili dla siebie, kiedy nie usłyszę poraz setny "Mamo!!!", ale kiedy znajduję tą chwile, moje myśli są "przy dzieciach". Czasami słyszę od przyjaciół - "Pomyśl o sobie"...ale ja i dzieci to jedność...i koniec. Na obronne moją - nie zwariowałam- też wychodzę bez dzieci, spędzam wieczory z przyjaciółkami. Ale czuję całą swoją osobą, że moje powołanie w życiu to są dzieci. Praca, moje jakieś marzenia itd. mogą poczekać, najważniejszy jest ten czas podarowany dzieciom. Ten czas nigdy nie wróci, więc jeśli mogę go spędzić z najważniejszymi osobami mojego życia, to czemu nie wykorzystać owej szansy? Ja wiem, że to nie pasuje do obrazu wyzwolonej kobiety dzisiejszych czasów...ale myślę sobie, że jeśli czas tak szybko pędzi, a ja mam możliwość wykorzystania go ten  sposób to nie jest nic negatywnego. Nie powiem, czasami jak ogarniam dom poraz któryś to sobie myślę..."Oooo w pracy miałam bym prościej i tak zwane bym rozwijała swoje umiejętności"...ale jak zaraz popatrzę na Zochę i na jej malutkie rączki, które próbują otworzyć pudełko i jej śliczny uśmiech, to zaraz te myśli odlatują gdzieś daleko. Uwielbiam kiedy starsze dzieci wracają do domu i jak mała Zocha cieszy się na ich widok, jaka jest szczęśliwa, jak oni ja przytulają i mówią do niej - piękne momenty które by mi uciekły przez to, że jestem w pracy. ODRAZU zaznaczam, iż nie krytykuje mam, które musiały/chciały wrócić do pracy. To są wyłącznie moje osobiste przemyślenia, dotyczące wyłącznie mojego macierzyństwa. Posiadanie 3 dziecka uświadomiło mi również jak ja lubię przebywać wśród dzieci, jak kocham ich świat, jak lubię "wchodzić w ten świat i starać się patrzeć oczami dzieci"...to jest cudowny świat...pełen dobroci. Na pewno posiadanie tej mojej wspaniałej trójeczki uświadomiło mi ponownie, że moja praca powinna być związana z dziećmi, z ich problemami, pomocą im i ich rodzicom- bo ja to uwielbiam i staram się rozumieć, nie oceniać, ale próbować rozumieć, rozumieć i jeszcze raz rozumieć. Odkąd przeprowadziliśmy się na wieś, w naszym domu w weekend jest mnóstwo dzieci- nasz dom jest otwarty, dzieci mogą nocować, spędzać z moimi dziećmi całe dnia- jest to cudowne, pełno dzieci w domu, ten gwar, ten śmiech, te wspólne rozmowy przy stole, te "ich konflikty", problemy- JEST TO DLA MNIE CODZIENNIE NOWE , NIEZWYKŁE DOŚWIADCZENIE!!!. Uwielbiam obserwować i słuchać ich dyskusję- są jednocześnie mix mądrości dorosłych, ich myśli, ich perspektyw, bronienia swojego zdania plus pełne pasji, pełne radości... żeby dorośli brali przykład z dzieci- to było
by super.

Wesołe są dla mniej sytuacje, jak jestem razem z nimi w domu, czy na placu zabaw itd. jak Józek mnie poucza " Patrz na Zochę, zobacz zaraz ucieknie itd. itd." Ja na to odpowiadam " Józek, uspokój się, Ciebie wychowałam to i Zoche też"....Ale on tak cały czas mnie poucza...Taka odpowiedzialność u 8-letniego chłopca, troska o siostrę- zawsze mnie to wzrusza. Zuza za to jest jak moja kopia w wychowaniu Zochy- na luzie, ale konkretnie. Uważa na nią, ale też nie panikuje. Ja
k Zocha ma histerie Zuzanka zawsze do niej mówi "Nie wymuszaj, przestań robić histerie". Zupełnie inaczej słyszę te słowa jak sama je wypowiadam, a jak inaczej brzmią w ustach Zuzi. Ale to też dla mnie są "znaki" jak dzieci biorą przykład od nas rodziców....w takich prostych słowach jak zwroty do kogoś, to jak my rodzice musimy uważać na to co robimy, jak okazuje uczucia, jak żyjemy wśród ludzi nasze dzieciaki cały czas nas obserwują i są wybitni w ocenianiu czy udajemy. Ja codziennie jestem pod wrażeniem jak funkcjonują dzieci- jak widzą świat, jak obserwują dorosłych, jakie mają przemyślenia, jakie mają zdanie na różne tematy. Ale żeby to wszystko zauważyć należy być z dzieckiem-nie mówię o całym dniu- ale poświecić mu 30 minut dziennie- porozmawiać w trakcie gotowania, jedzenia itd.- ODŁOŻYĆ TELEFON!!! i być z tym swoim skarbem naprawdę. Ostatnio coraz bardziej obserwuję, że rodzice siedzą na telefonach i nie rozmawiają z dziećmi. Zastawiam się jak można przekładać informację na telefonie nad rozmowę i popatrzeniu dziecku w oczy, kiedy do Ciebie mówi. Mówi się o uzależnieniu dzieci od elektroniki, ale może trzeba spojrzeć dalej i zobaczyć skąd biorą przykład? Przykre jest obserwować w restauracji jak cała rodzina siedzi na telefonach/tabletach...czasami jak tak obserwuję takie zjawiska, to mam ochotę podejść do rodzica owego dziecka i zapytać się czy wie jaką krzywdę wyrządza dziecku, pozwalając mu na korzystanie z tableta/telefonu non stop. Dziecko nawet nie odrywa wzroku, kiedy
mu kelnerka przynosi jedzenie, nie podziękuje, żadnych relacji społecznych. Umie grać, ale nie potrafi przeczytać Menu i samemu zamówić,a jak już dostanie to jedzenie , to jedyna myśl, to jak ustawić telefon - aby móc jeść i grać. Coraz więcej dzieci otyłych- ktoś powie "Aaaam , bo fast foody jedzą..." . Ja też jadałam za dzieciaka chipsy, czekolady, ale byłam szczupła jak większość dzieci- bo się ruszałam i tyle. Jak słyszę, że matka jest eko, cukier nie, gluten nie itd. ale tablet w dużych ilościach- TAK, to gdzie ta równowaga? Ale każdy ma prawo wychowywać jak chce i tyle. Nie mi oceniać drugiego człowieka, bo nie mam prawa do tego...ale na swoim blogu mogę napisać, co myślę? ….Sadzę, że tak...bo żyjemy podobno w kraju tolerancji i serdeczności....ale czy na pewno? O tym w innym poście...jest 2 w nocy...czas pójść spać....Jeszcze tylko ucałuje dzieciaki na dobranoc w czółko, popatrzę na ich śpiące twarze i znów poczuję miłość w moim sercu i będę mogła zasnąć z myślą, że jutro czeka mnie kolejny cudowny dzień z nimi...DOBRANOC :)

Paulina- mama Zuzi, Józka i Zosi


piątek, 3 listopada 2017

IDEALNE DZIECIŃSTWO DZISIEJSZYCH CZASÓW… CZY NA PEWNO IDEALNE?

Znalezione obrazy dla zapytania idealne dzieckoMam nieodparte wrażenie, że dzisiejsze dzieci -po mimo wszystko co mogą mieć- mają przerąbane, mówiąc kolokwialnie- to mi pierwsze przyszło na myśl. Niby rodzice troszczą się, niby jest cacy- dzieci ładnie ubrane, z aparacikami na zębach i mówiących płynnie w kilku językach,, znających język programownia…ale kurczę…coś jest nie tak. Brakuje normalności, radości z bycia dzieckiem. Teraz mam wrażenie, że dzieci mają coraz gorsze dzieciństwo-są naciskane, porównywane z "idealnymi" dziećmi z YouTube, same się porównują, szukając talentu jak Idole z YouTube. Tragedia życia podglądaczy internetowych. Dzieciom narzuca się co raz wiecęj obowiązków- ale jednocześnie te obowiązki nie odciążają nas rodziców. Kiedyś obowiązki dzieci miały po to, aby odciążyć rodziców. Teraz obowiązki dzieci - obciążają rodziców, ale co śmieszne, to rodzice sami je na te "cudowne" zajęcia sami napisali. Powiem tak-nie obrażając znajomych itp.- rzygam, ale to rzygam jak słyszę problemy ówczesnych rodziców, dotyczących parkowania, dowożenia swoich dzieci na kolejne cudne zajęcia. Matko święta, jak masz myśleć cały ranek jak zaparkujesz i to staję się tematem rozmowy o poranku to nie jedź-dziecko nie umrze z głupoty, z powodu kolejnego super KREATYWNEGO (na to słowo również robi mi się zawrót głowy) kursu/warsztatu itp. Pchają te biedne dzieci na wszystko i nic…kiedy one mogą się pobawić bez presji czasu. Sama w czasie wakacji zapisałam Bąble na Uniwersytet Dziecięcy. Stwierdziłam, iż zajęcia w okresie zimowym- będą fajne, zwłaszcza raz na jakiś czas. I wiecie co, zapłaciłam za nie. Byłam raz z Ziutem - pytam się czy się podobało- a on na to : "Kiedy idziemy na plac zabaw". I już więcej nie poszliśmy. Oczywiście nie neguje tych rodziców, których dzieci były zadowolone z zajęć. To wtedy ma sens. Ale litości, rodzice tak się cieszyli, że ich dzieci to jakieś wyjątkowe skoro idą na takie "poważne" zajęcia. Ajjj-trochę dystansu do wszystkiego przydało by się rodzicom. Kolejny przykład braku dystansu do ukulturalnienia dzieci. Dwa tygodnie temu-byłam ze starszymi na spektaklu "Ziemianie"-bardzo fajna zabawa dla dzieci i dorosłych. Tekst jest tak skonstruowany, aby dzieci i opiekunowie mieli ubaw. I co? Oczywiście kilka matek/ojców/ itp. chyba nie umie czytać. Każdy spektakl ma limity wiekowe. To nie, oczywiście była rodzina z 3 dzieci-matka + ojciec i dzieciaki. Najmłodsze z 1,5 roku. Spektakl od 6 lat. Przedstawienie było dość dynamiczne, mocne dźwięki, można ująć, iż bardzo głośne. Jeden z głównych bohaterów -negatywna postać- czasami krzyczał, robił "niemiłe" miny- owe małe dziecko (siedziało obok mnie) było przerażone-mama zakrywała mu przez cały spektakl uszy. Myślałam, iż kobieta zmądrzeje po I części, jednak nie. Ludzie święci. Ja rozumiem, kiedy nie masz z kim zostawić dziecka, ale całą rodzina oczywiście musi być. Po co pomyśleć... no tak, dziś im wcześniej dziecko pójdzie do teatru tym lepiej...na pewno będzie bardziej........

KREATYWNE!!!

Znalezione obrazy dla zapytania idealne dziecko
Szczerze mówiąc mam jakieś załamania jak widzę, co się dziś wyrabia z dziećmi. Jak się je krzywdzi. Rozpieszczone dzieci w wieku przedszkolnym, nieszczęśliwe nastolatki, smutni rodzice. Ostatnio zaczęłam czytać książkę o wychowaniu dzieci z 1792 r. Napisał ją Jean Jocques Rousseau-"Emil, czyli o wychowaniu". Autor porusza kwestie marnej opieki nad dziećmi przez matki francuskiej. W tamtych czasach dzieci nie były dobrze traktowane, wysyłano się je do mamek na wieś i odsyłano do rodziców jak miały kilka lat. Dziecko było przeszkodą w małżeństwie. Dla mnie dzisiejsza wymiar tego problemu to jest pakowanie dzieci na całe dnie"gdzieś na zajęcia". Tak mi się kojarzy, nie każdy zapewne się ze mną zgodzi, ale gdzieś tu "śmierdzi" problem opieki nad dziećmi-oddania mu się bez marudzenia i egoizmu. Drugi problem- to jak czytałam to płakać się chciało-krępowania niemowląt, aby miały jak najmniej miejsca do ruchu. Mniej ruchu-mniejszy problem.Straszne...ale jak tak czytałam to przypomniała mi się scena z "ostatniej" porodówki, gdzie babeczka od laktacji co chwile zwracała jakiejś mamie uwagę, iż za bardzo dziecko ściśnięte. Mamusie myślą, iż jak kupią mega sztywny becik (najlepiej taki cudnie drogi, falbaniasty) to ich maleństwa będą miały idealny początek.Matko święta....cóż za brak myślenia. Dziecko w brzuchu ma wolność...ograniczoną, ale ma, a tu nagle "Bum...pakują je do becika sztywnego, cudownie kolorowego, falbaniastego". Becik więcej waży, niż to dziecko. I nawet matka nie wie jak go czasem związać, bo tyle tam sznurków.
Czemu nie kierujemy się w życiu własnym rozumem? Czemu te matki nie potrafią wczuć się w siebie i swoje dzieci. Haaa...bo pełno doradców...pełno specjalistów od wszystkiego. Potem wpadają w ową spiralę i myślą, że jak robią inaczej niż wszyscy to znaczy, że źle. 
Ja wiem, iż teraz mamy czasy "świadomego macierzyństwa", ale co to oznacza....Może to, iż nie "wpadliśmy" albo znamy rozwój dziecka z książek. Hmmm na pewno to nam pomaga, ja też czasami wczytuje się w rozwój dzieci, ale nie robię "Kopiuj, wklej". Prawie każdy z nas poradziły by sobie bez tych książek, jak tylko by się kierował dobrem i miłością.  Obecnie zostałam matką zastępczą 7 kociąt- ich mamcia nie chce ich karmić. I robię z nimi to samo co z Zośką, karmię, przytulam i masuje brzuch. Jedynie co wyczytałam w necie ile mają jeść na jeden raz. To też niepotrzebnie , bo po 2 karmieniu sama zauważyłam jak im brzuszki rosną.
Błagam was rodzice otrząśnijcie się z tego letargu "bycia idealnym rodzicem" z "idealnym dzieckiem". Posiedzicie z nim w domu, pobawcie się w chowanego, nauczycie obierania ziemniaków, zaśpiewajcie wspólnie piosenkę. Oni maja całe życie na doświadczenia, ale nikt już drugi raz nie będzie miał tych kilku lat dzieciństwa...

czwartek, 21 września 2017

HISTORIA TOREBKI I MĘŻCZYZNY...

Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż post nie ma służyć naśmiewaniu się tylko m formę refleksji. Ostatnimi czasy na ulicach zalewa mnie widok mężczyzn z torebkami- nie torbami na komputery itp. tylko małymi listonoszkami. Jakoś ten widok jest tak zabawny -dla mnie!!!… Idzie wielki meżczyzna-biceps większy niż moja głowa ;) i przez ramie wisi maleńka torebusia. Dyskutując z mężem na temat owej sytuacji, który uargumentował, iż torebeczka jest potrzebna do dokumentów, telefonu itp. Może to i prawda, ale mężczyźni kiedyś nosili i dowód osobisty, broń, dzide ale nie nosili takich małych torebeczek. Cała Polska śmiała się jak były na topie Teletubisie …. i ten jeden biedny z torebeczką ;)

Jakoś ten "model męski" jest dla mnie lekko karykaturalny. Tu mężczyźni broniący się, aby nie być uznawani za nie-męskich, a tu mają mniejsze torebki niż ich partnerki. I od myślenia o tej torebce, zaczełam się zastanawiać nad tym, jak zmienił się model mężczyzny.

Mając ukochanego Józka, zastanawiam się jakie zachowania u niego aprobować, a za jakie karać. Ma być męski ( w końcu to facet ;) ), ale nie cham. Ma umieć zarabiać kasę, ale ma spędzać czas z rodziną. Ma być męski i waleczny o swoją kobietę, ale jak da "fange w nos" to stanie się agresywny. Jak zaś zostanie sam pobity to jest nazwany "miękką ci***", no przechlapane. Miliony lat mężczyźni mieli być odważni, przynosić jedzenie i nauczyć syna dbania o rodzinę. Teraz mają być odważni, zaradni, uczuciowi, romantyczni, empatyczni, zajmujący się dziećmi,  znać się na modzie, rywalizować z kobietami w kuchni....i zapewne, każdy z was by coś dopisał do owej listy "Cech współczesnego mężczyzny". Podkreślę od razu, iż oczywiście jeśli mężczyzna jest zadowolony z owej zmiany to jest w pozycji naprawdę luksusowej, jeśli potrafi się odnaleźć, ale co z tymi pozostałymi- wychowanymi na "dawnych ramach męskości"?

Torbeczka na ramię była tylko inspiracją moich myśli nad wychowaniem chłopców. W jednej z pozycji ostatnio czytanych przez mnie, wpadłam na fragment przemyśleń autora, który porusza kwestie, iż w szkołach/przedszkolach wymaga się od chłopców, żeby zachowywali się jak dziewczynki, gdyż te z kolei zazwyczaj są lepiej społecznie dostosowane do regulaminów, lubią bawić się przy stoliku, rysować, nie bić .....czyli są po prostu mówiąc tym okropnym żargonem edukacyjnym "GRZECZNE"- istna "Seksmisja". Oczywiście jest to dużej mierze wina rodziców, gdyż jak dziecko wróci do domu z sikaniem- już afera ... już nauczyciel musi się tłumaczyć. I podkreślę od razu, iż nie jestem za tym, aby dzieci w szkole się katowały, ale przecież szturchnięcia, mały bijatyki zawsze były w świecie chłopców. W tamtym roku Józio dostał wpis w szkole w Zeszycie Kontaktowym, iż "wszedł w konflikt z kolegą, w wyniku, którego doznał urazu wargi"... Brzmiało jak by ktoś mu dał pożądną fange w nos. Patrzę się na Józia, ale warga cała, pytam się go "Czy coś się stało"...on mówi, że "Nie". Z czystej ciekawości poszłam do świetlicy zapytać się "Ale o co chodzi:)"- Józek drażnił starszego i dostał lekko uderzony klockiem w gębuche. Ciekaw jaką uwagę dostał ten chłopiec, który był sprawcą uderzenia ;)-notatka jak na policji, poprawna politycznie. Powiem szczerze, iż zabrzmi to dla niektórych z was dziwnie, ale ja się cieszę, iż Józeczek dostał- nauczył się, iż ma nie dokuczać innym. I wiem wiem , przemoc rodzi przemoc...ale zapytajcie się swoich ojców, wujków z wcześniejszego pokolenia, czy oni biegali po podwórku i  nie szarpali się?
Tylko jest jedna radykalna różnica, kiedyś dzieci biegały razem, rodzice żyli w większej zgodzie  i społecznie było przyjęte, iż jedna matka może zwrócić wszystkim podwórkowym dzieciom uwagę i był szacunek. Chłopcy nawet jak się pobili i rozerwali koszulki, to cicho wchodzili do domu, by by mieli karę. Dzieciaki trzymały sztamę i między sobą rozwiązywali konflikty. Doskonale pamiętam jak straszyło się starszym bratem/siostrą, lub kuzynem.  Nawet wczoraj mój brat mi przypomniał, jak ktoś mu dokuczał i dostał ode mnie nauczukę. Teraz rodzice "orbitują między tymi dzieciakami. Dzieciaki niby mogą wszystko - są rozpieszczani, a z drugiej strony nic nie mogą, każdy ich krok , awantura jest kontrolowane, potem jest efekt taki, że dzieciak nie potrafi nic sam załatwić i czeka, aż rodzic zrobi. Efekt końcowy jest taki, iż jest nastolatek, który wisi nad rodzicami, bo nic nie umie sam, rodzice mają go dosyć...ale wstyd, się przyznać, gdyż sami tak wychowali. Kiedy stuknie mu 18-lat, mówią "Jesteś dorosły, radź se sam!"....ale on nie umie. Jeszcze jeśli  to chłopak...to jeszcze gorzej..."Facet musi sobie radzić!". Dziwne to wszystko, jak by część społeczeństwa zapomniała, o tym jak zachowują się ludzie, jak powinno się wychować dziecko, żeby jemu było łatwiej i NAM. Pamiętajmy, że wychowujemy dzieci też dla siebie, one mają nam pomagać, kiedy będziemy mieć sami problemy- rodzina to nie schemat ja pomagam ciągle dzieciom. To ma działać w dwie strony. Wychowujmy tak, aby szanować różnice płciowe. Kwestia sporna...pistolety dla chłopców- wskazane czy nie... I teraz tak o przemyślenie (Józek ma łuki, pistolety, miecze ...itp.) czym się różni miecz świetlny "Star Wars", od pistoletu? To i to broń...na pewno różni się ceną :P....Ale przyzwolenie na miecze świetlne jest...no bo przecież w filmie "Gwiezdne Wojny"- nikt nie walczył, za to pistolet-ooo. to jest broń, uczy agresji. Czy chłopcy, którzy 20 lat emu mieli broń zabawkowo, wyszli na ulice i wszystkich pozabijali? Nie dajmy się zwariować...mój Boże ja czami, myślę, iż świat jest śmieszny. Nie zapominajmy, iż wszystko idzie na przód w szalonym tempie, my to widzimy, domyślamy się perspektyw życiowych, ale w nas i w naszych dzieciach są dalej pozostałości naszych przodków-instynkt przetrwania- walki itp. Dajmy dzieciakom się pobawić w walki- jeśli jest to  na niby...nic się nie stanie, nie wyrosną na morderców...Rozmawiajmy jednocześnie o skutkach broni w życiu ludzi, uczulajmy ale nie dajmy się zwariować. Ja osobiście uwielbiam te pistolety z miękkimi strzałkami- sama się tym bawię razem z nimi. A ci dorośli co chodzą na Pain Balls, to też coś z nimi nie tak??? ;)

Jeszcze jedna taka myśl...Zojka sie przebudza... Rodzice mają teraz wmawianę, iż za mało z dziećmi spędzają czasu, narzuca się nam, iż prawdziwa rodzina to taka siaka i owaka...a weźcie nie przejmujcie się. W latach 70-80-tych rodzice spędzali z nami o 30% mniej czasu, niż teraz. I może to i lepiej dzieci były z dziećmi i wszystko się kręciło. Nie patrz się ciągle co twój syn robi, naucz go samodzielności...ty Polska Matko :P oducz się ciągłego usługiwania, daj możliwość nauki na błędach...za niedługo twój kochany synuś będzie miał 20 lat i dalej wołał : "Mamo, kiedy śniadanie?", zamiast samemu zrobić. Ale jak ma zrobić, jak on nie wiem gdzie nóż, i jak się smaruje chleb?


Paulina- mama Zojki, Zuzi i Józia




poniedziałek, 26 czerwca 2017

I JUŻ PO DRUGIEJ STRONIE ...

Oj dawno mnie tu nie było… Całkowicie zatopiłam się  w "nowym życiu", po urodzeniu Zośki. Widzę, iż ostatni roboczy post zaczęłam konstruować tydzień po porodzie, ale jak widać nie skończyłam :). Obecnie jestem  już prawie 4 miesiące mamą trójki dzieci- pięknie nazywaną "Wieloródką"- okropne określenie, takie kategoryzujące, jakoś dla mnie lekko nasiąkniete patologicznym wymiarem.


Zocha urodziła się niestety w Walentynki… biedna całe życie będzie słyszała "Oooo, w Walentynki, jak fajnie" ;). Trudno, będzie musiała żyć z naznaczeniem. Poród jak to poród do prostych czynności nie należy, ale to w osobnym poście opiszę. Teraz czerpie niesamowitą radość z posiadania trójki bąbli.
 Bąble starsze bardzo fajnie weszły w role starszego rodzeństwa (oczywiście euforia minie po jakim czasie- jak przy nowej zabawce…mi zapewne też w pewnym momencie nie będzie, aż tak wesoło ;) ), ale jest cudnie. Jednak starsze dzieci w domu i noworodek to jest dobry mix. Mogę się spokojnie wykąpać, kiedy oni są w stanie wziąć Zochę na ręce i utulić do snu. Zuzia tweirdzi, iż żadna niania nam nie potrzebna, iż ona się zajmię Zosią. I nie ma co dyskutować, iż ma rację. Oczywiście dla sprostowania - nie będę córką się wysługiwać, ale też uważam, iż dziecko powyżej 5 roku życia jest w stanie zająć się swoim młodszym rodzeństwem. Mogłam owe obserwacje dokonać jeżdżąc tu i tam. I nie trzeba wychylać nosa poza Europę, baaa poza Polskę.  Na wsiach, w rodzinach wielodzietnych, czy niestety patologicznych owy proces, iż starsze zajmuję się kompleksowo młodszym jest normalne. Uważam, iż taki schemat jest normalny pod warunkiem, iż nie wykorzystuje się straszego dziecka. Uczy to odpowiedzialności za kogoś słabszego, myślenia i przywiązania do rodziny. Ja mając 10 lat zostałam siostrą i powiem szczerze, iż cały czas, aż do wyprowadzki zajmowałam się bratem. Owa opieka wynikała z chęci pomocy rodzicom, odciążenia mamy i była to dla mnie frajda i niezwykły krok w dorosłość- byłam dumna, iż jestem w stanie sama zająć się bratem, nauczyć go czegoś. Wszędzie go brałam. Jak poszedł do żłobka, oj pamiętam przezywałam niezwykle jego pierwszy dzień, w szkole cały czas myślałam jak najszybicej pójść po niego… Opieka nad bratem nauczyła mnie emaptii wobec innych, wyczuwania emocji i reagowania na nie. Owe cechy przydają się później w życiu.
Powiem szczerze, iż trochę miałam obawy jak to będzie z ogarnięciem się - mała Zocha, szkoła. zajęcia dodatkowe itp.- ale dajemy radę. Grunt to organizacja i generalnie pogodzenie się z owym faktem, iż przez kilka dobrych lat "nie ma za bardzo czasu na opieprzanie się i jęczenie". Po uszy wpadłam w rytm;

  • 4:30-5:00- karmienie Zosi, aby móc wszystko zrobić na spokojnie
  • 5:00 - pobudka i wstanie z łóżka
  • 5:30- szykowanie śniadania/ śniadaniówek
  • 6:00/6:250 ulubiona :P ma czynność- BUDZENIE DZIECI- to jest czasami moment lekko mnie nerwicujący bo trwa przez 30 minut. Już tyle sposobów użyłam, aby ten poranek umilić…np. ściąganie ich za nogi i ciągnięcie do salonu, puszczanie Czeskiego Budzika https://www.youtube.com/watch?v=GAL73ieL1LE ,  bądź Króla Julianna https://www.youtube.com/watch?v=Q30yNQg5YC0  , ale najlepszy sposób, to zdjęcie kołder - wtedy lekko wkurzeni się budzą i biegną za kołdrą i uciekają ;).
  • 6:30-6:50 -śniadanie
  • 6:50-7:00 - mycie zębów i sprawdzenie tornistrów- zawsze coś ginie ;)
  • 7:05-7:10- wpakowanie się do auta i do szkoły
Grunt to dobra organizacja. Już wiem dzień wcześniej co włożę do śniadaniowek i przygotowane ubrania.

Potem ja mam czas na posprzątanie,  na nakarmienie Zochy co trwa  do godziny 9. Potem pranko, sprzątanko itp. do 11- Zocha często uczestniczy w owych zajęciach. Koło 11 kolejne karmienie i drzemka małej. Wtedy mam przyjemność- kąpiel w wannie i kawusia i książka/gazeta. O 12 Zosie się budzi i się ogarniamy, Kolo 13 wyjazd do Wrocławia, trzeba zrobić zakupy i pojść po bąble. Powrót miedzy 16-17 i czas relaksu dla dzieci- maja zawsze z godzinę na zabawy- obecnie grami w piłke nożną w ogrodzie jak i bapingtona, jazda na rowerach, skakanka. Ale od tygodnia, dokładnie od niedzieli mamy nowych lokatorów w domu. Mamy udomowioną kotkę- wsiowa, ale cały czas gdzieś kręci się po domu, czasami spała- bardzo miła i czyściutka- i w niedzielę, schowała się w Zuzi pokoju w komodzie i nie zauważywszczy przez nas-mieliśmy gości- urodziła dwa kociaki potem juz przy nas kolejne dwa. Przy nas- to znaczy, iż obserwowaliśmy- ja nigdy nie widziłam żadnego porodu więc było to dla mnie przeżycie i tyle emaptti wobec kotki-Morelki( tak jest nazwana przez dzieci, gdyż ma morelkowy kolor sierści). Miło jest obserwować podobny schemat życia u siebie jak i u kotki. Większość dnia to opieka nad maleństwami/Zośką. Kotka jest tak opiekuńcza, że nie jedna ludzka matka powinna się uczyć od niej cierpliwości i czułości, jak i poświecenia ;)

 Generalnie życie płynie, a ja razem z nim. :)  Następny post będzie dotyczył… Mężczyzn - ich roli w naszym życiu i jak ich postrzegamy dziś, a jak kiedyś…. :) Motywem przewodnim będzie "torebka". :)

Paulina-Mama Zuzi, Józka i Zojki


Nasza rodzinka :) wielkogatunkowa :)






wtorek, 7 lutego 2017

PRZEMYŚLENIA...CZĘŚĆ DRUGA...

Ufff...właśnie siedzę przy stole w kuchni...przetoczyłam się z kanapy, gdzie próbowałam odetchnąć z "kręconymi" nogami w górze...ulga żadna.... Moja ciąża jest tak upierdliwa, wykańcza mnie psychicznie, czekam do porodu, wiedząc, iż wszystkie te dolegliwości z ciśnieniem, zgagą, rwa kulszową znikną jak nic…ufff, co za ulga będzie. Już żyję okresem po porodzie. Śmieszne jest to, iż byłam przekonana, że trzecia ciążą będzie cudownym okresem. Zuzia i Józek są już samodzielni w większości sfer życiowych, ale nie brałam pod uwagę faktu, iż to ja stanę się jak to mówi Zuzka "nieruchliwa". Od 2 miesięcy nie jestem w stanie przejść więcej niż kilka kroków bez rwącego bólu rwy kulszowej.Moi nowi przyjaciele- to kule do chodzenia.  Od miesiąca siedzimy w domu, dzieci pławią się w bajkach, tabletach, ja zaś mobilizuje swoje ciało, aby przejść kawałek drogi z salonu do kuchni i coś im zrobić do jedzenia. Dzieciaki są wyrozumiałe, ale się nudzą, nawet największych owoc zakazany (jak tablety i bajki kontrolowane do tego czasu) już stają się nieatrakcyjne. Jest środek dnia, a ja chce spać, w ogóle bym przespała cały dzień, w nocy ból nóg nie pozwala mi spać. Jak do tej pory bałam się porodu tak teraz czekam na niego jak na wybawienie. Jest mi obojętnie już gdzie rodzić, byle by urodzić zdrowego kolejnego bąbla i aby moje ciało odżyło.
Nie mogę sprzątać, muszę się uspakajać widząc brud do dokoła mnie. Teraz siedzę i piszę i widzę zawalony stolik paluszkami, kubkami i jabłkami, staram się nie skupiać na tym i pisać dalej. Jednak czuje podirytowanie, iż w garderobie jest sterta ciuchów do ogarnięcia, kurz wszędzie, okna zapaćkane...nie lubię syfu- strasznie mnie rozdrażnia.A z drugiej strony myślę o tych kobietach na świecie, które nie mają wsparcia męża i środków do życia, jak i opieki medycznej i muszą sobie radzić.Staram się nie użalać nad sobą, uspokoić się, iż za kilka dni życia będzie mniej przyjemne, iż dzieci nie zgłupieją od bardziej leniwego trybu. Plus jest taki, iż muszą być bardziej samodzielne i uczyć się wyrozumiałości. Pomagają mi wstawać z kanapy jak już całkowicie noga mi zastygnie...I tak sobie myślę, iż to co zostało mi dane wcześniej, teraz do mnie wraca- dobroć i troska. Jak to się mówi, zawsze są plusy i minusy danej sytuacji. Generalnie ostatnio wegetuje w domu, nie mam ochoty na spotkani z ludźmi, na żadne wyjścia, nie czytam książek, mało co oglądam generalnie to leżę i się gapię na okna sufitowe i na chmury za dnia i na gwiazdy w nocy. Dziś wziełam kompa, licząc, iż uda mi się sklecić parę zdań. Idzie mozolnie. Mózg nierozruszany, nie funkcjonuje normalnie. Mogę otwarcie powiedzieć, iż moje "szcześliwe macierzyństwo" uległo zachwianiu. Jednak większość czasu staram się uśmiechać i żartować z siebie i swojego stanu…i wyłapać te dobre strony. Na pewno jedno z nich jest, iż dzieciaki muszą być bardziej samodzielne i uczą się, iż czasami coś się może zmienić i będą musieli sobie jakoś poradzić. Nie ma wołania "Mamo, podasz mi…itp", a wręcz przeciwnie jest na odwrót. To oni muszą posprzątać wszystko co leży na podłodze- uuu zanim ja się schylę, a potem wstanę to mija czas, przynieść mi wody itp.. zrobić sobie samemu kanapkę, pokroic jabłko, znaleźć ubranie. Co jest jeszcze pozytywne, teraz każdy jak widzi taką połamaną w ciąży to jest miły. Jest to fajne, ale jednocześnie irytujące. Gdziekolwiek, gdzie sie nie wybiorę, jak ktoś przyzauważy, iż idzie "kulawa" i to w ciąży to się na mnie patrzą. A jeśli było by tak, iż od zawsze jestem "kulawa" - to co nie mogę być w ciąży? :) Jestem w stanie też zrozumieć w jakimś mikroprocencie osoby zamknięte w swoim ciele. jak umysł chce coś innego, ale ciało się nie słucha. Frustrujące jest być zależnym od innych, nie móc wyjść kiedy ma się ochotę. Teraz jeśli mam wyjść z psem to jest to dla mnie wysiłek, nie wychodzę jak jest ślisko, boję się panicznie szpitali- a jak huknę, nogi w gips i patologia ciąży- to już by było za dużo atrakcji i całkowita dezorganizacja życia rodzinnego. Wiem, iż mój stan jest upierdliwy dla innych, więc staram się być jak najmniej obciążająca, nic nie potrzebująca, nie trująca dupy i nie angażująca w swoje boleści. Staram się angażować  tyle ile mogę, namiętnie gramy w gry planszowe. czytamy książki z dziećmi i rozmawiamy. Dla nich jest to duża zmiana, nagle z aktywnej mamy muszą zaakceptować, iż mam okres przestoju. W tym roku udało mi się być z nimi raz na sankach, oczywiście oni zjeżdzali, a ja się patrzyłam- miałam taką przyjemność z tego, bąble też pokazywały swoje najróżniejsze style jazdy. Takie chwile upewniają mnie w słuszności decyzji o posiadaniu dzieci - kocham je i są niezwykłe. Na nic nie zamieniła bym swojego życia. Dla mnie jest idealne - bo mam rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza. Sądzę, iż w dzisiejszym rozchwianiu wartości rodzinnych, posiadam skarb i mam z czego być dumna i szczęśliwa. Współczuje ludziom, którym nie dano mieć szczęśliwej rodziny- jest to największa strata człowieka. Jak myślę o tych samotnych ludziach, o dzieciach bez normalnego dzieci to ogarnia mnie smutek…Jak mało i zarazem dużo nam trzeba, aby być szczęśliwym. Plusem całego zamieszania z moim brakiem aktywności jest czas właśnie przemyśleń nad rodziną, nad szkołą, pracą- stwierdzam, iż zachowanie spokoju i dystansu do wszystkiego to rzecz święta. Nie skupianie się nad pierdołami to sukces w życiu, a przynajmniej jego część- zachowanie spokoju jest kluczem w życiu, żeby nie zwariować, umiejętność odpuszczania sobie i innym. Wrzucenie na luz tak zwany jest niezwykle trudne, ale możliwe. Nie mówię tu o całkowitym lenistwie i nic nieróbstwie. ale nie o fiksowniu się na rzeczach zbędnych. Ludzie narzucają sobie za dużo. a potem nie znoszą swojego życia. Uważam, iż większość z nas po mimo transformacji systemu społecznego nadal jest potrzebne ciepło drugiego człowieka, poczucie zrozumienia i docenienia. Rarytasem jest móc się do kogoś przytulić, oprzeć głowę na ramieniu. Ja mam owe "skarby" i one mi dają siłę. Nie kupno super wózka czy łóżeczka z 20 funkcjami, ale ta świadomość, iż mam rodzinę, która mnie kocha jest tym czymyś, co mnie trzyma przy dobrym humorze. Jak widzę jak Zuza biegnie z kulami, żeby mi podać, jak pomaga Józkowi znaleźć czapkę, jak Ziut co dzień rano całuje brzuch i pyta się "Jak twój dzidziuś się dziś czuje?", jak pomaga w podniesieniu czegokolwiek, mąż, który znosi wszystko (oczywiście, iż mam złości i frustracje chwilowe) - to są fundamenty mojego życia.
Co jeszcze z przemyśleń to, iż moja opinia o telewizji i tym czym karmi się widzów nie uległa zmianie. Oczywiście siedząc w domu puszczam telewizję- żebyś coś buczało - jednak z przerażeniem widzę kilkanaście programów z taką sieką dla mózgu, matko nie wiedziałam, iż jest tyle gówniastych programów, przerywanych "cudownymi" reklamami - głównie chemii, lekarstw. Te reklamy z matkami dającymi całej rodzinie lekarstwo i te miny - rozśmieszają mnie do rozpuku, a jednocześnie przerażają ile odbiorców jest bezkrytycznie wierzących w to co usłyszą. Chętnie wtedy wpada mi pomysł na zrobienie szkoleń  z zakresu "Bezkrytycznego myślenia" i poddawanie się fali. Tragedia. Jeszcze lepsze są programy nocne z wróżkami, ja wiem, iż to jest podłe naśmiewanie sie z innych, ale  jest to dla mnie abstrakcja. Sądziłam, iż nie ma takich rzeczy, a jednak interes jest jak nic. Powiem tak, jestem pod wielkim wrażeniem, iż taka sieczka się sprzedaje. Czy masz 5 kanałów czy 150 nie ma zazwyczaj co oglądnąć. Wszystko jest na jedno kopyto, przewidywalne i mało ciekawe. Kanały bajkowe - tragedia, większość bohaterów to jakieś dziwadła, do tego rozdarte. Dzieciom- zwłaszcza Józkowi- podobają się te rozdarte pyski, nie truje mu już, iż to durnoty, bo nie mam sił, aby zaproponować mu cały dzień rozrywek, a sprawia mu to przyjemność, więc wrzucam na luz, ale z wielką przyjemnością myślę, jak zdezaktywuje TV w naszym domu, jak tylko będę się dobrze czuła :D. Ajjj telewizji jak najmniej…i tyle.

Kurcze jest 14:30, a ja dalej w piżamie- dziś dzieciaki poszły obydwoje do szkoły, miałam całkowity dzień tylko dla siebie - czyli nic nie robiłam,  leżałam i odsypiałam nieprzespane noce. Niestety im mniej ruchu tym mniej boli- ale niedługo minie i będzie cudownie :). Idę się ogarnąć. Nigdy nie przepadałam za chodzeniem w piżamie, taki objaw jak dla mnie- lenistwa i niechlujstwa. Mam godzinę na ogarnięcie się i domu. Ale bez spinania się, luz ….oto nasz pies z kotem- widać, iż po mimo różnic dzielących ich dają radę :)

Paulina - mama Zuzi i Józka i siedzącej  w brzuchu Zośki :)

piątek, 4 listopada 2016

MACIERZYŃSTWO W CIĄGU 8 LAT - PRZEMYŚLENIA CZĘŚĆ PIERWSZA....

    Od mojego pierwszego doświadczenia w dziedzinie jakim jest macierzyństwo minęło 8 lat. 8 lat cennego czasu, dla mnie, dla moich bliskich. Rodząc Zuzę miałam 23 lata, na porodówce byłam najmłodsza, co pamiętam budziło wiele przyjaznych reakcji personelu, ze względu na zachowany zegar biologiczny. W tym czasie kończyłam jedne studia i zaczęłam drugie- swoje wymarzone-Psychologię. Miałam wcześniejsze doświadczenia w opiece nad dziećmi, po przez zajmowanie się młodszym bratem jak i dorywczą pracą jako niani.  Urodzenie dziecka nie wiązało się z jakimś większym stresem, ja byłam bardzo szczęśliwa, iż będę mieć maleństwo. Poród był okropny-trudno-początki karmienia i gojenia się ran poporodowych- można było przeżyć. Największe wyzwanie to była organizacja czasu i nauka ogarnięcia domu. To było dość frustrujące, gdyż w sumie byłam sama z Zuzą, na co dzień nie miałam pomocy. Mąż wiecznie w pracy- ktoś musiał :). Wtedy jeszcze byłam wściekająca się żoną, która dzwoniła "Kiedy będziesz,?", i dającą swój dowód niezadowolenia, kiedy usłyszałam godzinę "Późno kochanie". Większość czasu spędzałam z Zuzą sama, Zuza była wrzeszczącym niemowlakiem, nie zwykle absorbującym uwagę. Miałam jej czasami naprawdę dość, ale nie doceniałam faktu patrząc się z dzisiejszej perspektywy, iż miałam od cholery czasu. Fakt byłam zmęczona, ale nie ukrywajmy faktu, iż mając jednego zdrowego niemowlaka mamy dużo czasu w ciągu dnia. Nie chcę umniejszać pracy kobiet w domu, ale wydaje mi się, iż przebywanie z jednym dzieckiem, które nie zacznie chodzić, jest bardzo spokojne. Wystarczy nauczyć się organizacji i nie obijać się. Zaplanować, iż wychodzę z domu o 9 rano, a nie do południa latać w piżamie i się frustrować, iż pół dnia minęło,a tu nic. Wstań razem z mężem, napij się z nim kawy, wykąp się, przecież można wziąć niemowlaka i wsadzić do łazienki w foteliku samochodowym i się ogarnąć w ciągu 20 minut. Będzie wrzeszczał trudno- nic się mu się nie stanie. Puść ulubioną  muzykę w trakcie kąpieli. Ubierz się wygodnie, ale schludnie, zadbaj o biustonosz do karmienia i wkładki laktacyjne, żebyś się nie kleiła od pokarmu i nie czuła się atrakcyjna. Idź na zakupy, zaplanuj co dziś będzie na obiad- nie musi być wykwintnie-zrób obiad do południa, przespaceruj się, pośpiewaj ulubione piosenki, jak najczęściej się uśmiechaj. Jak bąbel pójdzie spać, poczytaj coś-żebyś nie miała wrażenia, iż stajesz się coraz głupsza. Nie siedź na necie przeglądając co jeszcze można kupić-to zabiera kupę czasu, zapewne masz wszystko dla maleństwa-a może nawet więcej niż trzeba i zapewne wiele rzeczy zostanie nie użytych :).

Nie staraj się myśleć, iż przez to, że siedzisz w domu z dzieckiem tracisz czas...nie tracisz...a na co tracisz czas, na wychowanie dziecka? Nic nie może się równać z zadaniem wychowania dziecka na dobrego i mądrego człowieka. Tylko nie zatracaj się, nie kupuj mnóstwa rzeczy dla niego, które mają stymulować jego rozwój. Nie uważam, iż pokolenia, które nie miały mnóstwa stymulujących, wrzeszczących plastikowych zabawek są głupsze....szczerze mówiąc, już bym się przychyliła do tezy, iż jest odwrotnie. Ale to jest temat na inny post.

Co jeszcze z moich przemyśleń....Ooo właśnie, nie staraj się być idealna i myśleć, iż jesteś i twój partner jest taki głupkiem , iż nie potrafi się zająć własnym dzieckiem, nie pouczaj go, nie patrz na ręce. Sama sobie kopiesz dołki, w które powpadasz za jakiś czas i będziesz wyć i nie znosić swojego partnera,ojca dziecka. Zachowując się, jak byś była alfą i omegą w wychowaniu dziecka zniechęcisz swojego partnera do zajmowania się nim i  będziesz mieć problem, sama nauczysz go-a raczej wmówisz, iż nie umie się zajmować. Przestań wychodząc do sklepu, uczelni czy gdziekolwiek po 5 minutach już wydzwaniać, szlag może trafić twojego partnera. Ty też, nie przyznając  się czasami, nie wiesz co zrobić z tym wiecznie plączącym niemowlakiem, ale przy nim jesteś ekspertką....;) Tylko tak Ci się wydaję... Ojciec świetnie zajmie się swoim dzieckiem, i jeśli do tego się garnie-to bądź mądra i nie zniechęcaj go. Poza tym jesteś z nim, nie jest durniem-inaczej byś z nim nie byłą. to dlaczego w kwestii opieki nad dzieckiem maił by sobie nie poradzić. Dajmy spokój z tym tematem, ogarnięty 6-7 latek jest w stanie zająć się dzieckiem... W czasach wojny dzieci zajmują się innymi i sobie radzą, dzieci z rodzin wielodzietnych również, dzieci z owdowiałymi rodzicami, bądź rodzicami, którzy niestety się nimi nie zajmują, też potrafią sobie radzić, wiec twój DOROSŁY PARTNER NIE UMIE???

Gorzej mają oczywiście Mamusie, których partnerzy nie garną się do opieki. Może taki mały szok. Mąż wraca z pracy- a ty mówisz, wychodzę do kina, nie dzwoń do mnie...Rzucasz na odchodne- "Dasz radę, kocham Cię" i już. Możliwe , iż będzie z tego awantura, a może pomoże w problemie.

Co jeszcze....Raz na jakiś czas, może być raz na tydzień, zależnie jak możecie, wyznaczcie jeden dzień wychodnego. ale nie do sklepu po pieluchy(chociaż to może być również atrakcja), tylko wyjście gdzieś kino, kawiarnia, kupno czegoś dla siebie. Nie broń się się przed tym. Strach wzbudzają we mnie mamy, które są dumne, iż dziecko ma 5-6 lat i nie rozstały się z nim nigdy na noc. Nie wiem jak wy, ale ja w tym widzę problem...a co z wyjazdami dzieci na kolonie, spaniem u koleżanek....brak samodzielności w tej dziedzinie. Poproś babcię, ciotkę, koleżankę, zatrudnij nianię na 2 h tygodniowo i wyjdź, żebyś nie zrzędziła, iż tylko dziecko i dziecko. Na początek oczywiście 2 godziny, ale potem można zwiększać.  Ty się zrelaksujesz, a bąbel nauczy się być z innymi. Owa umiejętność bycia z innymi ludźmi przyda się w razie nagłego przypadku, jak nie będziesz mogła być z nim -choroba, wypadek cokolwiek, życie jest różne, stwórz ten komfort, żebyś nie zwariowała i dzieciak również ja nie będziecie mogli być razem.

Dalsza część moich przemyśleń w następnym poście....Może jutro...jak na wiosce zasięg złapię...tymczasem pozdrawiam i życzę relaksu.....i dystansu do siebie...Józek ma dystans.... oby mu zostało na zawsze




wtorek, 25 października 2016

SZCZĘŚLIWE MACIERZYŃSTWO , CZY NA PEWNO?

Długo, oj długo nie pisałam. Owa przerwa wynikła z dwóch powodów, przeprowadzki i ciąży. Przeprowadzka to  zmniejszona dostępność do Internetu, zaś ciąża - ogólny stan rozbicia. Niestety owa ciąża jest zupełnie inna niż pozostałe dwie, co powoduje we mnie lekkie zachwiania nastroju. Oczywiście nie mam depresji ;), tak powszechnej w jesienne dni. Chciałam od razu zahaczyć tematu "depresji jesiennej"...przereklamowanej...matko, kto z was widział osobę w depresji??Polecam film "Plac zbawiciela"- tam jest realny obraz kobiety chorej na depresję. Depresja to choroba i koniec. Czy tyle Polaków jest chorych psychicznie? O matko, to trzeba uciekać. Wy macie lekkie wahania nastroju, tylko się sami nakręcacie. Nie lubię tego sformułowania...mam deprechę...weź się w garść, weź sobie witaminę D, nawet jak by miała wywołać efekt placebo i żyj, a nie skupiaj się czy pada deszcz i czy masz dziś mieć "depresję".  Pomyślmy, czy zawsze trzeba być w dobrym nastroju. chyba to było by odstępstwo od normy, trzeba mieć zachowaną homeostazę psychiczną- równowagę, potrzeba tych gorszych jak i lepszych dni i tych "normalnych".
Wracając do osobistych przeżyć, ja mam dziś dobry dzień- chociaż wstałam rano po słabo przespanej nocy,  spóźniłam się z bąblami do szkoły i pada deszcz....- bo ja sobie co dzień zadaje pytanie, kiedy jest mi gorzej- "Czy ja mam naprawdę powód, żeby narzekać?. Nie mam, ale jak chcę to sobie owy powód zrobię, z bzdury zacznę się tak nakręcać, aby móc powiedzieć, iż mam dziś zły dzień, co spowoduję, iż będę oczekiwała zrozumienia od innych i nic nie robienia, bo mam gorszy dzień...błędne koło...Nie chce wpadać w takie koło, chcę się cieszyć mordkami swoich dzieci, obecnością męża i tym co mnie czeka. To co mnie czeka, zależy ode mnie w większej mierze. Wczoraj byłam lekko poirytowana, ale wiem dlaczego, bo odkąd jestem w ciąży, nie robię nic konkretnego dla siebie- chyba się nudzę. Nie wynika to, z tego, iż mi się nie chcę, tylko ze złego samopoczucia fizycznego w ciąży. Plus poczucie obowiązku, iż nie mogę być taka "dupowata" dla dzieci i męża powoduje we mnie jeszcze większe rozterki.
Jestem już w zaawansowanej ciąży, początki przypadły na wakacje...Koszmar - 3 miesiące, tylko leżenie nie powodowało chęci wymiotów, kręcenie się w głowie, ból głowy - migreny plus upały i obowiązek -przyjemność zajęcia się bąblami. Nagle mama-aktywna zaniemogła i stała się stękająca. Wszędzie chodziłam z workiem, w razie potrzeby. Najchętniej bym leżała, leżała i nic nie robiła- to chyba zaczynająca się "depresja"...Z wyczekiwaniem czekałam na magiczne zakończenie I trymestru i wielki przypływ energii w II trymestrze. Jednak owy ENERGY POWER nie przyszedł do dnia dzisiejszego. Oprócz bólu głowy, doszedł problem z ciśnieniem i drętwiejącymi rękami, zgaga...jak to moja babcia powiedziała...już nie jesteś młoda...to fakt :). Dalej tylko leżenie powoduje spokój w moim organizmie. Oczywiście nie leże, robię co mam robić, bo inaczej bym zwariowała...Bąble rozumieją, iż mogę się źle czuć, ale zapominają o tym, więc wymagają ode mnie mega zaangażowania, a ja też nie chce obniżać wymagań wobec ich więc wszyscy mamy szkolę życia przez ciąże...mąż zachowuje idealny spokój w tym wszystkim...Nie mamy pomocy w nikim przy codziennej krzątaninie i czasami jest naprawdę ciężko, ale to tak mi się wydaje cementuje nasz związek... i naszą rodzinę. I powiem wam, iż kocham swoje życie...bo mam wokól siebie osoby, które mnie kochają. Nie szukam dziur w całym, staram się nie użalać nad sobą, tylko cieszyć się, że będzie kolejne serce do kochania i mnie kochające. Oczywiście będzie różnie, będą gorsze dni, trzeba będzie podzielić swój czas na trójkę bąbli. Już teraz rozmawiam ze starszymi, jak to może być różnie. Zuzia zoobligowałą się,iż mała będzie spać u niej.Zgodziłam się...zobaczymy. Józek mówi, iż będzie jeździł wózkiem. Pomoc będzie jak nic...I to mi daje siłę, aby nie leżeć i nie wyć jak się czuje, tylko myślę, rozmyślam, wyobrażam sobie jak będzie cudnie i skupiać się na tym jak jest fajnie. Mam wszystko co mi trzeba, przyjaciela w mężu, przyjaciół-czasami hedonistycznych- w dzieciach, spokój wynikający z doświadczenia macierzyństwa, życia, wiem "co z  czym się je", nie przejmuje się bzdurami, umiem już życ wyłącznie dla rodziny i siebie, umiem spędzać czas sama. Jedynie co mnie martwi, to zmieniające się ciało w ciąży i brak możliwości ćwiczeń fizycznych, czuje się mało atrakcyjna, ale myślę, iż za jakiś czas będę mogła biegać i to mnie cieszy, już teraz. Zaakceptowałam, iż czuje się źle we własnym ciele, ale przesunęłam pracę nad nim za jakiś czas. Nie ma co się spinać..jak nie można rozwiązać problemu dziś...Chcę czuć się szczęśliwa, cholernie szczęśliwa... tylko to coś da innym, zaś jęczenie jest nikomu nie potrzebne...zostawię sobie "ową przyjemność" na naprawdę poważne troski w moim życiu. Właśnie leżę i przeglądam zdjęcia rodzinne i tak się cieszę na dziś wieczór - spędzę czas ze swoją rodzinną.

Moje macierzyństwo jest szczęśliwe i będzie i nie dlatego, iż tak mi się układa, ale dlatego, iż ja sama je układam. Tak jak w bajce "W głowie się nie mieści", każdy z nas potrzebuje tych lepszych dni i gorszych, aby być szczęśliwym człowiekiem. Problemy potrafią nam pomóc w dłuższej perspektywie. Mówię o problemach, a nie wydumanych bzdurach. Wydaje mi się, iż jak mamy prawdziwy problem, to myślimy o dobrej intencji działania, zaś skupianie się na bzdurach, powoduje wyłącznie w nas negatywne emocje. Skupiajmy się na dobrych aspektach życia, nie rozdrabniajmy się nad pierdołami. Zobacz jaki pięknie pada deszcz :)



Paulina- mama Zuzi i Józka

https://www.youtube.com/watch?v=FfFN1GCWSko


poniedziałek, 12 września 2016

LUDZIE W NASZYM ŻYCIU...

Na blogu www.pokierujsoba.blogspot.com, którego współtworzę, możecie przeczytać wpis "Inni ludzie". Wracam do tego wpisu, z perspektywy macierzyństwa. Zuza na zakończeniu roku zaśpiewała piosenkę o prawach dziecka, z zaznaczeniem, iż może bawić się z kim chce...i tak dziś wróciłam do tej piosenki myślami, jak odebrałam dzieci ze szkoły i posiedziałam na boisku szkolnym.
Grupka dzieci- klasy początkowe- zachowywały się tak głupowato i durnowacie,  brały wodę do buzi i oblewały plecaki innych dzieci- ciesząc się do rozpuku. Na zwracanie uwagi ją ignorowały, zero jakiegokolwiek przepraszam i poczucia winy, iż niszczą rzeczy innych. Ich sposób komunikowania, wyrazy były takie nieprzyjemne dla ucha.

Nie chciała bym, aby moje dzieci się z nimi bawiły. I teraz już zacznę się bronić, przed hejtem, iż dziecko nie jest winne warunków w jakich się wychowuje. Jest to absolutna racja, chcę podkreślić, iż mi takich dzieci szkoda.Nie jestem odrealnioną matką wariatką, która wychowała się w cukrowym domku, ale moje dzieciństwo było przeciętne, stykałam się z różnymi ludźmi, mieszkając w starej kamiennicy. Miałam różne koleżanki w szkole. Pracowałam w Domu Dziecka. Z własnych obserwacji wiem, iż nie trzeba być dzieckiem z patologii, aby być niemiłym i chamskim. W moim sercu siedzą dzieciaki z różnych ośrodków, których los skrzywdził potwornie, ale bym z nimi w ogień skoczyła, zaś i te właśnie chamskie i ordynarne z dobrych domów.

Na to nie reguły... ale ja wiem, iż ja chce,aby moje dzieci otaczały się mądrymi i kulturalnymi dzieciakami. Mogą bawić się ze wszystkimi na boisku szkolnym, nie zamierzam zabraniać im przyjaźni  szkole z nikim, ale poza szkołą będę dążyła do podtrzymywania znajomości z tymi "mądrzejszymi". Chcę, aby ciągnęły do góry.

Ja też chcę ciągnąć do góry, dlaczego moje dzieci mają tego nie robić??

Paulina

wtorek, 6 września 2016

DZIECIŃSTWO JEDYNY OKRES, KTÓRY TRWA WIECZNIE W NAS..

Wczoraj złapała mnie ochota na oglądniecie jakiegoś filmu psychologicznego. Przypomniał mi się tytuł "Pręgi", który był polecany przez bliską memu sercu osobę. Film zrobił na mnie mocne wrażenie. Nie zwykła gra Michała Żebrowskiego wciąga w świat uczuć bohatera. Kto nie oglądał to polecam...

Dzieciństwo to czas, który przejawia się w naszym życiu w różnych sytuacjach jak jesteśmy dorośli.
Nie zwykle ważna rolę, aby ono było "stabilne", nie użyje celowo słowa normalne, gdyż nie ma norm na nic, mają opiekunowie dzieci. Bardzo łatwo jest oceniać swoje dzieci, karać i obrażać, trudniej jest dobrze wychować. Aby dobrze wychować to my rodzicie/opiekunowie musimy się starać i być dobrymi ludźmi.

Czasami my sami walczymy ze swoim dzieciństwem, które wraca jak bumerang na co dzień. Włączamy do schematu zachowania, których tak bardzo nie akceptowaliśmy u swoich rodziców. Jest to mimowolne, ale jednocześnie pokazuje nam jak ważne jest zachowanie równowagi w wychowaniu dzieci, co zrobił z nami jeden komentarz od ważnej osoby w dzieciństwie, aby cały nasz świat się rozpadł na kawałki i nie złożył się już nigdy tak jak kiedyś.

Mnóstwo jest kampanii o biciu dzieci- całe szczęście- może ktoś się ocknie, pójdzie się sam prze leczyć ze swojego dzieciństwa...ale ile jest przemocy psychicznej, tak głęboko ukrytej...Przeraża mnie myśl, ile osób nie jest zdolnych, aby mieć dzieci....w jednych z filmów Woody Alen wspomina, iż mamy licencje na wszystko, tylko na posiadanie dzieci nie ma, a by się przydała. W swoim doświadczeniu zawodowym widziałam rożne dzieci, te w domach dziecka, sieroty społeczne, te wychowujące się w "normalnych rodzinach" i za każdym razem dostaję gęsiej skórki, myśląc co te dzieciaki mają w głowach...jakie myśli krążą po tych główkach, jakie mają sny, co myślą o otaczającym nas świecie...Dzieci bite, dręczone psychicznie...jaki odczuwają strach, lęk, cały dzień i w nocy...Jak uciekają z własnego domu, żeby czuć się bezpiecznym i czekają, aż ktoś im pomoże, i kochają całym sercem swoich rodziców....dzieci zawsze kochają, cierpią ale kochają, zawsze są po stronie rodziców, chociaż oni je biją i wyzywają, dziecko potrafi dużo znieść, czeka tylko, żeby je kochać i akceptować, przytulić do snu, obudzić rano z uśmiechem, one chłonie wszystko co dobre ....i nie tylko,ale i złe....Nie potrzebuje nic, naprawdę nic, żadnej zabawki, wycieczki, tylko twojej ręki, która go chwyci jak będzie źle i przytuli. Potrzebuje każdego dnia szacunku i dobroci, zapewnienia, iż zawsze będzie przy nim i go akceptował, tłumaczył, wymagał i wybaczał błędy. Nie krytykował ciągle, nie poniżał, nie mówił, jaki ty jesteś wspaniały, a ono nie.... Nie wypominał każdego błędu, ale wskazywał możliwości rozwiązywania.

Wszystkiego jesteśmy w stanie się nauczyć będąc dorosłymi, ale tak ciężko jest nauczyć się jak być szczęśliwym. Potrzebuje tylu lat terapii, zmagań z własną psychiką, wielu kryzysów w życiu dorosłym, aby nauczyć się, iż możemy być szczęśliwi.

Nie wyzywaj swoich dzieci, nie bij....Tylko ty je możesz ocalić jak i zniszczyć...Kiedy ty będzie potrzebował pomocy, one pomogę Ci tak jak ty ich nauczyłeś....


Wiem, iż brakuje czasu cierpliwości i zrozumienia, ale postaraj się....wychowasz ludzi, którzy będą kochać mądrze....i będą Ciebie otaczać i swoje dzieci tą miłością......

Ja bym bardzo chciała, aby moje dzieci były ze mnie dumne,jak dorosną, aby przyszły i mi  jak będą już sędziwą staruszką i powiedziały, iż "Jestem dobrą mama", a ja zamykając oczy co dzień do snu napawała się tymi słowami.

Rodzina jest najważniejsza, nic jej nie zastąpi,

Pochodzimy z różnych rodzin, czasami z wielkim bagażem przykrych doświadczeń, dlatego starajmy się stworzyć swoja rodzinę, nie "idealna", ale dobrą i z miłością.

Pisząc ten wpis, aż się popłakałam, myśląc o wczorajszym wieczorze jak leżałam z bąblami w łóżku, robiąc im masaż na "relaksik" :) i Zuzia zapytała się, czy jak będzie na drugim końcu świata, czy przyjadę do niej, na co Józek odpowiedział, iż bez Zuzi to nie rodzina, i że będziemy zawsze razem...Tak siebie widzę i moją rodzinę, jak wysypy,które są osobno, ale jednocześnie łączy je jedno niebo- niebo miłości, zawsze wszędzie i razem- nie koniecznie fizycznie- ale w sercu i w myśli jedność na zawsze.

Tego sobie życzę i wam wszystkim.

Paulina :)











piątek, 5 sierpnia 2016

DZIECKO DOBRZE WYCHOWANE..... TEMAT KONTROWERSYJNY


Wczorajszy dzień, po odebraniu Józia z przedszkola poszliśmy na lody. Lody były okropne, nie będę wymieniać nazwy lodziarni, bo jeszcze będę mieć kłopoty :) Kiedy dzieciaki jadły lody w "ogródku lodziarnianym" , ja podeszłam do Super Pharm po mokre chusteczki, lody były zrobione głównie z wody więc wszyscy byliśmy oblepieni.  Po 5 minutach jak wróciłam koło naszego stolika kłębiły się dwie kobiety z trójką rozwścieczonych dzieci. Już czyhały nad stolikiem, prawie że wygoniły Zuzie i Józka swoją zaborczą walką o stolik. To już do przeżycia, ale nie przepadam za takim brakiem kultury i stanie nad kimś jak je, piję czy po prostu rozkoszuje chwilą przyjemności. Dzieciaki w wieku 6-8 lat zachowywały się bardzo głośno, jedno z nich wrzeszczało i wyzywało własną mamę od głupich i  durnych, a mama stała taka bezradna, zrobiło mi się jej żal. Jak ona się musiała czuć podle, jak jej własne dziecko, które tak bardzo kocha wyzywa je z powodu niesmacznej gałki lodów... Dlaczego teraz tak dużo dzieci przekracza granice szacunku do własnych rodziców- czy to jest "ta wolność dzieci" czy ich największe nieszczęście- nie mają granic i brak szacunku dla osób najważniejszych w ich życiu. Zaczęłam sobie rozmyślać ponownie nad wychowaniem, nad modelami rodzin, nad tymi mami  zdominowanymi przez własne dzieci...jaka to jest tragedia...Czy my wychowani w latach 70-80 lub wcześniej śmiali byśmy krzyknąć do swojego rodzica, wyzwać go? Nie, nie...bo dzieci były wychowywane w granicach, znały swoje miejsce w rodzinie, i nie mówię tu, iż dziecko nie ma mieć swojego zdania, powinno je mieć i powinniśmy hodować w nim swoją świadomość, ale nie powinno nikogo też krzywdzić swoim zachowaniem i go obrażać. Moim zdaniem jeśli prosimy o co dziecko, to powinno to wykonać, my też wykonujemy szereg czynności, za którymi nie przepadamy albo nie znosimy, ale życie to obowiązki i przyjemności i koniec. Wracając do tej mamy od lodów to wyobraziłam sobie ją i jej syna za kilka lat dalej, przecież to się nie zmieni, jeśli nie zostanie mocno zahamowane. Mama poszła z dzieckiem na lody, dzieci powinno było się cieszyć i być po prostu wdzięczne, a tu takie zachowanie. Ja wiem, iż teraz dzieci mają i mogą mieć wszystko i po prostu poprzewracało im się w pupciach. Rodzina to system, w systemie każdy powinien mieć swoje miejsce, tak jest łatwiej. Dlaczego kiedy dzieci z patologicznych rodzin wchodzą w role mtaki/ojca  to jest właśnie karygodnie postrzegane, "biedne dzieci" sobie myślimy, ale kiedy dziecko " z normalnej rodziny" wchodzi rodzicom na głowę, wpiernicza się w relacje żona-mąż, podejmuje decyzje co robimy, bo na nas wymusza coś, to nie jest patologiczne? Kurcze właśnie, że jest. Jest to patologia taka sama. Zastanowiliście się czasami skąd różne te choroby :anoreksje, bulimię, wszelkie nałogi....i nie występują w rodzinach patologicznych wyłącznie, jest to często efekt problemów rodzinnych, braku dobrych relacji z najbliższymi, szczerości i granic. Przykro jest mi okropnie, jak patrzę na zagubionych nastolatków. Niestety to wychowanie wpływa czasami na ich zagubienie, brak wymagań , brak nauki pracowitości i cierpliwości co do oczekiwanych rezultatów. Co jest wyznacznikiem, iż dziecko jest dobrze wychowane- dla mnie jest, że nie muszę się za niego wstydzić, Kocham swoje dzieci, szanuje, ale ona mają mnie też szanować, mój czas i moje zdanie. Spędzam z nimi bardzo dużo czasu,gram, biegam, skaczę, marzę razem z nimi, ale też wymagam i nie zgadzam się ze wszystkim, jestem szczera wobec nich, ale nigdy nie kompromituje przy innych ludziach, nie upokarzam i nie ośmiesza, tłumaczę im o godności człowieka, o szanowaniu wolności, ale podkreślam, iż ich zachowanie ma nie krzywdzić innych. Nie muszą każdego lubić i bawić się z kimś kogo nie lubią, bo tak wypada, ale mają być dla tej osoby mili, po porostu mili. Nie mówię do Józka, który ma skłonność do łobuzowania, że ma być grzeczny, tylko miły. Grzeczny to jaki? Miły -wiadomo o co chodzi. Jeśli wchodzimy do sklepu, to po drodze uzgadniamy co kupujemy, lub co ja mam kupić i nie mam awantur w sklepie, kiedy idziemy na plac zabaw określamy jasno czas wyjścia, by nie było nie domówień. Oczywiście są negocjacje miedzy nami, ale bez krzyku i wyzywania się wzajemnie. Naprawdę nie trzeba szukać idealnej formy wychowania, bo ona już istnieje, wymagajmy od siebie i od dzieci i będzie dobrze.



To mi się kojarzy z piosenką z Akademii Pana Kleksa, na temat tego, co trzeba robić, aby być zdrowym, żadnych "złotych środków"..."Biegać, skakać, latać , pływać...." Wychowanie też jest proste- wymagać, szanować i być miłym.

Prostę,  prawda?


Paulina-mama Zuzi i Józia

czwartek, 21 lipca 2016

PRZEMOC W ZWIĄZKU

            Dzisiejszy temat posta został zainspirowany krzykiem na ulicy pewnej pary, gdzie jedna jak i druga strona rzucała "ku...." itp. w czasie kłótni. Ludzie nie wyglądali "patologicznie" na pierwszy rzut oka, ale ich wymiana zdań mijała się z "kulturalną kłótnią". Od razu moje myśli przekierowały się na powstające pytanie w mojej głowie, czy lepsze są kłótnie takie "uzewnętrzniające się", czy takie w domowym zaciszu. To od razu przekierowało z kolei mnie na myśl o rozmowie z kobietą, która doświadczyła regularnie przemocy domowej w domowym zaciszu. Przemoc była głównie psychiczna z elementami fizycznej. Kobieta bała się odejść z powodu "braku pewności siebie", iż sama sobie poradzi z dwójką dzieci. Partner na ogół idealny, w domu zaś, często podsycany alkoholem, stawał się katem dla swojej rodziny w domowym zaciszu. Kobieta owa jest przepiękną, wykształconą osobą, jak pierwszy raz się na nią patrzy od razu przychodzi na myśl, iż taka piękna i mądra osoba, na pewno ma cudownego męża. Pozory mylą.
W czasie kilku rozmów z  K. nakreśliła mi jak się czuła będąc w takim związku przez kilka lat. Jak żyła nadzieją i strachem na przemiennie, jak czekała, iż może się zmieni, jak miał okres kilku dni "życzliwych" dla swojej rodziny, a potem wielki strach i rozczarowaniem, bo koszmar zaczynał się od początku. Zawsze słuchając takich opowieści mam wrażenie jak by taka osoba, była na wiecznej karuzeli emocjonalnej, ciągle to samo i nie ma końca jasnego, ani początku, a dokoła pełno emocji dotykających wraz z każdym obrotem. Każdy dzień nie wiadomo jak się skończy i zacznie, czy ranek znów będzie nerwowo, czy znów będzie w pośpiechu jadła z dziećmi śniadanie i wręcz panicznie uciekała z domu, aby jak najszybciej uniknąć całkowitego rozwścieczenia "męża", bądź ze strachem w oczach, kiedy jego nie ma do 20, wsłuchiwała się w zamek drzwi, czy wchodzi już piany, czy zaraz zacznie się awantura. Asekuracyjnie już przeniosła się razem z dziećmi do ich pokoju, włączyła lampkę i próbując uśpić jak najszybciej dzieci, aby uniknęły patrzenia znów na ojca, poniżającego ich mamę. Odczuwa ulgę jak uda się uśpić dzieci, zanim on przyjdzie, rozkoszuje się chwilą ciszy i spokoju, obcałowuje swoje dzieci i je tuli, przepraszając im po cichu, iż pozwala im  na "takie życie". Kładzie się obok dzieci i zasypia w spokoju, na wszelkim wypadek zamyka drzwi od pokoju i gasi światło, może jak będzie ciemno, to "kat" nie wejdzie i da im spokój. Zasnęła, ale budzi się co chwile, już ma omamy słuchowe, że "mąż" wchodzi, rytm serca ma cały czas przyśpieszony. Patrzy się na dzieci jak spokojnie śpią, bierze ręki córeczki i mocno ją całuje, głaszcze synka po głowie,  szepcze "kocham cię", postanawia, iż musi coś z tym zrobić, znaleźć silę, jutro pójdzie gdzieś.....zasypia. Udało się przespać kilka godzin. Dzieci śpią, po cichu otwiera drzwi, ma cichą nadzieje, że może nie przyszedł. Niestety jest, śpi na kanapie. Po cichu idzie do ubikacji, nie chce go obudzić, jeszcze chwila spokoju-to jest takie cenne. W ciszy przygotowuje śniadanie dla dzieci, już dzień wcześniej przygotowała ubrania i potrzebne rzeczy do wyjścia, by jak najszybciej wyjść z domu. Po cichutku budzi dzieci, głaszcze je, tuli i stara się być jak najbardziej szczęśliwa mamą na świecie....i jest , tylko jest też smutna i zagubiona, nie wie czy do dzieci przemawia jej uśmiech, ale ma nadzieję, iż one wierzą w jej szczęście. Dzieci ubrane, szybciutko śniadanie i wyjście, ranek minął spokojnie, ale co będzie wieczorem? W ciągu dnia w pracy, kiedy dzieci w szkole jest jakoś dobrze, ale powrót do domu,  jest zawsze czasem mocno stresującym. Miesza się strach z nadzieją. Wchodzą do domu, prosi dzieci, aby za bardzo nie hałasowały, w głowie ma poukładany rozkład dnia, co robić z dziećmi, aby nie prowokowały "tatusia". Wchodzą, jest w domu, dzieci witają się z tatą w sposób "poprawny", ona nigdy nie nastawia dzieci przeciwko ojcu.Tłumaczy, iż jego wyzwiska do niej i sposób odzywania się, jest nie właściwy i nikt do nikogo nie powinien się tak odzywać.Nie wie czy do dzieci trafiają owe uwagi, ale jest tak zagubiona, że sama nie wiem co myśleć, Dziś "pan i władca", ma dobry humor, znów zapala się lampka "Nadzieja", iż może jest w nim wiele dobrego, może to ona coś robi złego, iż on taki jest. Spędzają miło dzień. Oczywiście kiedy dzieci idą spać, po tak miłym dniu należy zakończyć go seksem. Poranek, ona pełna nadziei, wstaje i widzi już "męża "podirytowanego", bo nie ma mleka do kawy i się zaczyna. Szybko asekuracyjnie przymyka drzwi do dziecięcego pokoju, aby dzieci nie słuchały awantur i wyzwisk pod jej adresem: jaka jest beznadziejna, nieporadna, niezorganizowana, i do niczego się nie nadaje. Kobieta stara się nie odzywać, idzie do łazienki, kąpie się-tam wylewa łzy, maluje się i ma nadzieję, że zaraz  usłyszy trzaśnięcie drzwiami i będzie mogła spokojnie wyjść z łazienki, nie czując się jak intruz w swoim domu. Ociera łzy, stoi przed lustrem i mów " wszystko będzie dobrze", zbiera się w garść i budzi dzieci. Wychodzą, cały dzień pracy myśli co znów będzie...... I tak cały czas.  Kobieta o której piszę, odeszła od męża, ale 9 lat żyła w takim związku.  Co ją hamowało żeby odejść? Żyjąc dłuższy czas  z osobą , która mówi Ci, że jesteś beznadziejna, nic nie umiejąca, brzydka, wyzywa cię, można stracić grunt po nogami i słuchając takich słów o sobie, zaczyna się w nie wierzyć, niby je odrzuca, złościmy się, ale wchodzą one w naszą psychikę i powodują niezwykłe spustoszenie w naszej ocenie nas samych. Mając dzieci czasami mamy tak silną potrzebę, aby ta rodzina była "kompletna", iż żyjemy nadzieją na "lepsze jutro", po czym mamy wyrzuty sumienia, iż nie potrafimy zapewnić dzieciom normalnego życia i możemy zacząć wierzyć, iż naprawdę jest się beznadziejnym.

Czasami słyszę rozmowy kobiet o innej "A czemu ona nie odejdzie??". Jest mnóstwo powodów, przez które ofiary żyją dalej ze swoim katem, zamiast oceniać, starajmy się je zrozumieć i pomóc. Często owe kobiety mają nałożoną maskę "idealnego domu", czasami są mniej cierpliwe wobec swoich dzieci, czasami są smutne..... ale większość z nich nie potrafi samej odejść...są pełne obaw i potrzebują pomocnej dłoni.

https://www.youtube.com/watch?v=_2B_LZp6aa8


Oto linki dla osób potrzebujących pomocy;

http://www.niebieskalinia.info/index.php/przemoc-w-rodzinie/8-rodzaj-przemocy

http://www.telefonzaufania.org.pl/telefony_zaufania_wykaz.html

http://www.polishexpress.co.uk/ruszyl-polski-telefon-zaufania-w-uk/

http://www.dw.com/pl/niemiecki-telefon-zaufania-dla-kobiet-tak%C5%BCe-po-polsku/a-17547570

poniedziałek, 4 lipca 2016

OFERTA PRACY

Spółdzielnia Socjalna AKTYWACJA

www.eaktywacja.pl


 Poszukuje opiekunów i opiekunek osób starszych
 ► 11-13 zł/h netto ◄


 Liczymy na osoby odpowiedzialne i rzetelne, z doświadczeniem w opiece. Opieka ma charakter pozamedyczny, dotyczy pomocy i wsparcia w codziennych czynnościach, aktywizowania podpieczonych do zwiększenia samodzielności. 

Umowa-zlecenie, istnieje możliwość zatrudnienia na umowę o pracę. Praca we Wrocławiu. 

Istnieje też możliwość zdobycia doświadczenia poprzez staż płatny z PUP (warunek: status osoby bezrobotnej).

 Tel. 604-938-841 e-mail: biuro@eaktywacja.pl 

sobota, 9 kwietnia 2016

POMAGAJMY, POMAGAJMY I JESZCZE RAZ POMAGAJMY - TYDZIEŃ Z KASIĄ

Kilka dni temu miałam okazje poznać cudowną  osobę - Kasie, którą los doświadczył- komplikacje po porodzie spowodowały uwięzienie cudownej duszy w ciele odmawiającym posłuszeństwa. Kasia mieszka ze swoją mama Danusią- bardzo dzielną kobietą, która dołożyła starać, aby wykształcić córkę. Kasia jest osobą radosną, która jest wolontariuszem i odwiedza dzieci w szpitalach, rozdając im zabawki. Sama mówi, iż kiedy widzi chore dzieci to ona jest okazem zdrowia. Jakie to są cudowne słowa, trzeźwiące moją psychikę. Czasami my osoby zdrowe i posiadające zdrowe dzieci nie doceniamy faktu, iż mamy szczęście mając to co mamy.

Życie rodzin z dziećmi potrzebującymi więcej opieki jest bardzo dużym wyzwaniem dla rodziców/opiekunów jak i rodzeństwa. Kiedy rodzice oczekują na dziecko zazwyczaj rozmyślają o zdrowym, ślicznym bobasku, z którym razem będą chodzić na spacery, przewijać pieluszki, śpiewać kołysanki itp. Kiedy nadchodzi moment weryfikacji marzeń, pragnień z rzeczywistością jest to bardzo trudna sytuacja dla wszystkich, nagle wszystkie plany, marzeń rodzinne zostają zepchnięte na dalszy plan. Ile to trzeba siły psychicznej, aby poradzić sobie z nową rzeczywistością. Trzeba myśleć jak i gdzie iść na rehabilitację, jak sobie poradzimy finansowo, skoro jedna z osób musi zrezygnować z pracy, kto się zajmie rodzeństwem i innych mnóstwo wątpliwości.
Kiedy wczoraj słuchałam opowieści mamy Kasi- prawie 90-letniej kobiety, która spędzała czas pod klasa szkolną, aby przewieźć córkę z jednej klasy do drugiej, dopilnowała, aby zdała maturę i dzień po dniu się nią zajmowała, nie mając czasu dla siebie, pomyślałam o tych mamach co nie mają owych problemów a i tak stękają. Na przykładzie takich mam jak Pani Danusia można widzieć jak nasza psychika i nasza fizyczność- jeszcze kilka lat temu sama potrafiła unieść Kasie-jest oceanem możliwości, tylko sami się ograniczamy i spędzamy czas na użalaniu się i skupiamy się na pierdołach. W takich rodzinach, jeśli małżeństwo wytrzyma napięcie i zaakceptuję niepełnosprawność dziecka nie ma czasu na kłótnie o skarpetki czy nieumyte naczynia, zazwyczaj jedna osoba skupiona jest na wożeniu dziecka na wszelkie zajęcia, układania opieki nad pozostałymi dziećmi, zaś druga osoba musi zapewnić pieniądze na wszystko.  Ile wokół nas jest takich osób, które żyją z takim problemami do końca życia..Achh... ile ja mam szczęścia, że mam zdrową rodzinę.. Spotkania z Kasią i jej mamą pokazują jak życie nie jest sprawiedliwe, bo nie jest i nigdy nie będzie, dlatego według mnie należy dzielić się szczęściem- i nie tylko chodzi o pieniądze, ale o inne formy-ile osób młodych, które mają wolnym czas mógłby zamiast siedzieć na FC podejść do starszej sąsiadki/sąsiada i pomóc jej w zakupach, bądź w innej formie coś naprawić, naprawdę każdy z nas jak by chciał poświecić choćby 2 h tygodniowo na jakąś formę pomocy było by cudownie. Zwłaszcza ludzie młodzi, dzieci -ile się mówi do dzieci, aby były empatyczne, wrażliwe na cudzą krzywdę, ale mało jest form takich konkretnych. Moja Zuźka miała okazję poznać Kasię i kiedy wyszłyśmy do domu, sama powiedziała, "Kasia po mimo tego, iż jest chora jest pełna radości". To jest dla mnie bardzo ważne, aby bąble były oswojone z tym, iż są wokół nas osoby bardziej potrzebujące pomocy i to nie tylko te w Azji czy Afryce, ale też obok nas, nawet w naszej bramie czy osiedlu są osoby, którym dobrze by było zaoferować pomoc, czasami będą negowały ją na początku, ze wstydu, braku zaufania czy innych powodów indywidualnych, ale wierzę w to, iż w końcu zgodzą się na oferowaną przez nas nieinteresowaną pomoc. Wczoraj mając w głowie tydzień spotkań z Kasią jechałam z Józkiem na otwarte zajęcia taneczne i zabłądziłam, zapytałam się Pani wychodzącej ze sklepu, gdzie jest owa ulica, a ona "Proszę wsiadać to Panią podwiozę".Jakie było moje zdziwienie. W czasie jazdy zapytałam się czemu mi pomogła, iż to rzadkość zapraszać osobę nieznajomą do auta, a ona do mnie "Bo ja mam miłość w sercu i to każe mi czynić dobrze"....Jak cudownie, że są tacy ludzie wokół nas... Trzeba sobie pomagać, a nie odwracać głowę, nigdy nie wiemy kiedy my będziemy potrzebowali pomocy albo nasze dzieci....i jak wszyscy odwrócą od  nas głowy,...

Zapraszam na stronę Kasi,wejdźcie i zobaczcie jaką jest cudowną osobą www.kasiapajacyk.pl


Kasia zbiera maskotki, samochodziki jak i artykuły plastyczne dla dzieci ze szpitala, może ktoś chce pomóc??


Potrzebuję też fryzjerki,do której Kasia mogła by się udać w centrum Wrocławia?



Paulina-mama Józka i Zuzi



środa, 16 marca 2016

SZKOŁA, SZKOŁA WOŁA - DYLEMATY SZKOLNE, PRZEDSZKOLNE

Dość niedawno trafiła w moje ręce książka o zabawnym tytule „Przyszłość świetlana szkolnego tumana” - Brosche Heidemarie. Autorka opisuje system szkolny w Niemczech, próbując uświadomić czytelnika, docelowo rodzica, iż szkoła to nie wszystko w życiu dziecka, iż niepowodzenia dziecka nie są tragedią rodzinną, nad którą trzeba się skupić. Autorka radzi, aby zadbać o dziecko poprzez naukę  dystansowania się do szkoły, nie panikować z byle powodu, a co najważniejsze, aby słuchać mądrze własnego dziecka.
Jest marzec, znów rodzice dzieci 6 letnich mają dylemat, czy te, co zostały w przedszkolu posłać do szkoły, oraz czy te 6 letnie zostawić ponownie w klasie pierwszej?
Ów dylemat również dotyczy mnie, gdyż Ziutek ma 6 lat, na szczęście Zuza jest pełnym 7-latkiem, więc ciężar problemu numer dwa nie zaprząta mojej głowy. Jednak co chwilę spotkam się z pytaniami od znajomych, czy wśród różnych dyskusji na korytarzu szkolnym, przedszkolnym, co ja sądzę, co oni powinni zrobić. Oczywiście problemu nie można rozwiązać generalizując, każde dziecko jest przecież inne, nie jeden 7-latek nie dorównuje wiedzą czy czasami stanem emocjonalnym 5-latkowi. I działa to na odwrót, ale czy to oznacza, iż szkoła wyrządzi im krzywdę, iż jednego pociągnie w dół, a drugiemu nałoży presję dorośnięcia?
Mogę się narazić teraz części rodziców, ale uważam, iż próbują cedować swoją decyzję na innych, zamiast sami pomyśleć: nie co robią inni, tylko co dla ich dziecka, które oni znają (lub powinni) znać najlepiej, będzie korzystne.
Pomyślmy w kontekście 6-latków jakie korzyści ma, jeśli zostanie w przedszkolu:
-          Sprawdzone Panie Przedszkolanki,
-          Powtórzenie materiału, aby w szkole lepiej sobie rodziło,
-          Rozwój emocjonalny – dorośnięcie - jednak to cecha niezwykle indywidualna i czasami czekamy, aż dziecko będzie miało 7 lat i wtedy to my oczekujemy od niego zmiany zachowania, zaczynamy wymagać, odrabiać lekcje, i może to pozwala dorosnąć szybciej, niż sam upływ czasu. Często słyszę: "Ty już chodzisz do szkoły, masz 7 lat..... I (cokolwiek dalej)”. Proszę się nad tym zastanowić,  część rodziców nagle od września zaczyna tak mówić do dziecka, to co dziecko może zrobić, aby spełnić wolę rodziców? Stara się dorosnąć.
Kiedy do 6 latka zaczniemy stosować owe postawy, sadzę, że stanie się również dojrzalszy jak ten 7-latek. Poza tym często w szkole dzieli dzieci miesiące różnicy, a są innymi rocznikami. Aspekt dojrzewania dzieci jest bardzo rozległy i mogłabym pisać o tym mnóstwo przykładów,
-          Przedszkole zapewnia stałość - stałe godziny, opieka od tej 6:30 do 17:30, co pozwala rodzicom lepiej zorganizować czas.

A jakie może mieć korzyści 6-latek w szkole:
-          Nowe wyzwania, dziecko zaczyna być samodzielne, ma szanse odbicia się od przedszkola, zmiany pozycji w grupie. Czasami dzieci nie czują się rewelacyjnie w przedszkolu, mają "łatkę", zmiana może u niektórych spowodować, że ktoś inaczej na nich spojrzy, zauważy ich atuty. Czasami to rodzice boją się zmian, dzieci to czują i również odczuwają stress,
-          Uczy się obcowania ze starszymi, świetlica jest miejscem, gdzie ma kontakt z dziećmi starszymi, które są pomocne i troszczą się o te maluchy,
-          Rozwijanie zainteresowań w sposób spontaniczny, dzieci rozmawiają ze sobą, uczestniczą w życiu szkolnym,
-          Przy odpowiednim wsparciu, dziecko może czuć się wyjątkowe, że jest już uczniem, z “bycia uczniem” można zrobić "prestiż", wśród młodszych kolegów czy rodzeństwa,
-          Pozwalając dziecku iść do szkoły ze spokojem ducha, dajemy mu tym samym wiarę w jego możliwości co do jego samodzielności i siły. Część rodziców myśli, iż troszczy się o dziecko, ale nie widzi, iż robi za dużo, nie pozwala dziecku bycia samodzielnym i pewnym siebie, krępuję go swoją zaborczością i oferowaną bez przerwy pomocą, zamiast poczekać nie 5 minut, a 20. Potem dziecko jest niesamodzielne, posłanie do szkoły, może uzewnętrznić owy problem rodzica, a rodzic upatruje winę w szkole lub w samym dziecku, nie w sobie, przez co szkoła jest czasami opisywana jako dżungla, gdzie biedne małe istotki nie potrafią sobie poradzić, jednak winni są opiekunowie. Dajmy dzieciom wiarę w nie, że potrafią i mogą więcej, a będzie to dla nas korzystniejsze, stańmy czasami obok nich i dajmy im czas.

Problem kolejny: czy zostawiać dziecko w pierwszej klasie?
-          Czy Twoje dziecko naprawdę sobie nie radzi z materiałem?
-          Czy uważasz, iż przez to, że będzie jeszcze raz przerabiało materiał będzie lepsze?
-          Czy kolejna zmiana wychowawcy i kolegów będzie korzystna?

Nie ma odpowiedzi jednoznacznej...
Proszę usiąść i pomyśleć znając swoje dziecko, czego byście chcieli na jego miejscu, próbując odrzucić obawy dorosłych, tylko spojrzeć z perspektywy swojego dziecka?

Wczoraj usiadłam z moją córką Zuzią (wrażliwą, mającą problem z porównywaniem się do innych i przejmowaniem się, bardzo regulaminową i nadzwyczaj ułożoną w szkole), pytam - czy chciałaby zostać w pierwszej klasie jeszcze raz... A co z panią wychowawczynią, a co z przyjaciółką z ławki? I ona już nie chcę być pierwszakiem, bo jak ktoś chodzi do drugiej klasy to jest starszy i to jest fajne. Tłumaczyłam jej, że mogłaby powtórzyć sobie wszystko od początku, ona na to, że teraz to może zrobić:) i zaczęła z chęcią odrabiać lekcje i myśleć, iż po wakacjach będzie już w II klasie.
Dla nas to może być takie zwyczajne... I lub II klasa, dla części dzieci to jest "COŚ".

Jako psycholog i zwolennik mówienia dzieciom prawdy, która jest niezbędna zalecam przemyślenie decyzji, porozmawianie z dzieckiem o tym.
Wierzę w to, że jeśli dziecko ma poważne deficyty poznawcze i społeczne od dłuższego czasu, zostawiliby je Państwo w przedszkolu, zasięgnęliby Państwo porady w poradni psychologiczno-pedagogicznej, zrobili dużo, aby zostało w przedszkolu z powodu problemów.
Myślę, iż skoro je posłaliście do szkoły to znaczy, iż macie wiarę w nie i ich rozwój.
Uważam, iż zostawienie dziecko ponownie w I klasie podetnie mu skrzydła, będzie się zastanawiało czemu owa koleżanka jest już w II klasie, a ja znów jestem pierwszakiem... i co znów będzie pasowane na pierwszaka?? :)

Jeśli jest kiepski wychowawca, to macie prawo zmienić wychowawcę, o to się najmniej boję, dzieci są zdolne do zmian, jak się zmieni wychowawca trudno, dostosują się. Jeśli wychowawca jest naprawdę kiepski to można napisać pismo do dyrekcji, lub spotkać się z wychowawcą na kawę w gronie rodziców i przedyskutowywać problemy.
Jeśli wychowawczyni jest świeża, może trzeba dać jej czas, każdy musi się nauczyć jak postępować i nabrać dobrego dystansu do pracy, ważne, aby nie krzywdziła dzieci i robiła z nimi materiał.
Jeśli mamy niedosyt wiedzy, sami możemy uczyć dziecko w domu :)