czwartek, 21 września 2017

HISTORIA TOREBKI I MĘŻCZYZNY...

Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż post nie ma służyć naśmiewaniu się tylko m formę refleksji. Ostatnimi czasy na ulicach zalewa mnie widok mężczyzn z torebkami- nie torbami na komputery itp. tylko małymi listonoszkami. Jakoś ten widok jest tak zabawny -dla mnie!!!… Idzie wielki meżczyzna-biceps większy niż moja głowa ;) i przez ramie wisi maleńka torebusia. Dyskutując z mężem na temat owej sytuacji, który uargumentował, iż torebeczka jest potrzebna do dokumentów, telefonu itp. Może to i prawda, ale mężczyźni kiedyś nosili i dowód osobisty, broń, dzide ale nie nosili takich małych torebeczek. Cała Polska śmiała się jak były na topie Teletubisie …. i ten jeden biedny z torebeczką ;)

Jakoś ten "model męski" jest dla mnie lekko karykaturalny. Tu mężczyźni broniący się, aby nie być uznawani za nie-męskich, a tu mają mniejsze torebki niż ich partnerki. I od myślenia o tej torebce, zaczełam się zastanawiać nad tym, jak zmienił się model mężczyzny.

Mając ukochanego Józka, zastanawiam się jakie zachowania u niego aprobować, a za jakie karać. Ma być męski ( w końcu to facet ;) ), ale nie cham. Ma umieć zarabiać kasę, ale ma spędzać czas z rodziną. Ma być męski i waleczny o swoją kobietę, ale jak da "fange w nos" to stanie się agresywny. Jak zaś zostanie sam pobity to jest nazwany "miękką ci***", no przechlapane. Miliony lat mężczyźni mieli być odważni, przynosić jedzenie i nauczyć syna dbania o rodzinę. Teraz mają być odważni, zaradni, uczuciowi, romantyczni, empatyczni, zajmujący się dziećmi,  znać się na modzie, rywalizować z kobietami w kuchni....i zapewne, każdy z was by coś dopisał do owej listy "Cech współczesnego mężczyzny". Podkreślę od razu, iż oczywiście jeśli mężczyzna jest zadowolony z owej zmiany to jest w pozycji naprawdę luksusowej, jeśli potrafi się odnaleźć, ale co z tymi pozostałymi- wychowanymi na "dawnych ramach męskości"?

Torbeczka na ramię była tylko inspiracją moich myśli nad wychowaniem chłopców. W jednej z pozycji ostatnio czytanych przez mnie, wpadłam na fragment przemyśleń autora, który porusza kwestie, iż w szkołach/przedszkolach wymaga się od chłopców, żeby zachowywali się jak dziewczynki, gdyż te z kolei zazwyczaj są lepiej społecznie dostosowane do regulaminów, lubią bawić się przy stoliku, rysować, nie bić .....czyli są po prostu mówiąc tym okropnym żargonem edukacyjnym "GRZECZNE"- istna "Seksmisja". Oczywiście jest to dużej mierze wina rodziców, gdyż jak dziecko wróci do domu z sikaniem- już afera ... już nauczyciel musi się tłumaczyć. I podkreślę od razu, iż nie jestem za tym, aby dzieci w szkole się katowały, ale przecież szturchnięcia, mały bijatyki zawsze były w świecie chłopców. W tamtym roku Józio dostał wpis w szkole w Zeszycie Kontaktowym, iż "wszedł w konflikt z kolegą, w wyniku, którego doznał urazu wargi"... Brzmiało jak by ktoś mu dał pożądną fange w nos. Patrzę się na Józia, ale warga cała, pytam się go "Czy coś się stało"...on mówi, że "Nie". Z czystej ciekawości poszłam do świetlicy zapytać się "Ale o co chodzi:)"- Józek drażnił starszego i dostał lekko uderzony klockiem w gębuche. Ciekaw jaką uwagę dostał ten chłopiec, który był sprawcą uderzenia ;)-notatka jak na policji, poprawna politycznie. Powiem szczerze, iż zabrzmi to dla niektórych z was dziwnie, ale ja się cieszę, iż Józeczek dostał- nauczył się, iż ma nie dokuczać innym. I wiem wiem , przemoc rodzi przemoc...ale zapytajcie się swoich ojców, wujków z wcześniejszego pokolenia, czy oni biegali po podwórku i  nie szarpali się?
Tylko jest jedna radykalna różnica, kiedyś dzieci biegały razem, rodzice żyli w większej zgodzie  i społecznie było przyjęte, iż jedna matka może zwrócić wszystkim podwórkowym dzieciom uwagę i był szacunek. Chłopcy nawet jak się pobili i rozerwali koszulki, to cicho wchodzili do domu, by by mieli karę. Dzieciaki trzymały sztamę i między sobą rozwiązywali konflikty. Doskonale pamiętam jak straszyło się starszym bratem/siostrą, lub kuzynem.  Nawet wczoraj mój brat mi przypomniał, jak ktoś mu dokuczał i dostał ode mnie nauczukę. Teraz rodzice "orbitują między tymi dzieciakami. Dzieciaki niby mogą wszystko - są rozpieszczani, a z drugiej strony nic nie mogą, każdy ich krok , awantura jest kontrolowane, potem jest efekt taki, że dzieciak nie potrafi nic sam załatwić i czeka, aż rodzic zrobi. Efekt końcowy jest taki, iż jest nastolatek, który wisi nad rodzicami, bo nic nie umie sam, rodzice mają go dosyć...ale wstyd, się przyznać, gdyż sami tak wychowali. Kiedy stuknie mu 18-lat, mówią "Jesteś dorosły, radź se sam!"....ale on nie umie. Jeszcze jeśli  to chłopak...to jeszcze gorzej..."Facet musi sobie radzić!". Dziwne to wszystko, jak by część społeczeństwa zapomniała, o tym jak zachowują się ludzie, jak powinno się wychować dziecko, żeby jemu było łatwiej i NAM. Pamiętajmy, że wychowujemy dzieci też dla siebie, one mają nam pomagać, kiedy będziemy mieć sami problemy- rodzina to nie schemat ja pomagam ciągle dzieciom. To ma działać w dwie strony. Wychowujmy tak, aby szanować różnice płciowe. Kwestia sporna...pistolety dla chłopców- wskazane czy nie... I teraz tak o przemyślenie (Józek ma łuki, pistolety, miecze ...itp.) czym się różni miecz świetlny "Star Wars", od pistoletu? To i to broń...na pewno różni się ceną :P....Ale przyzwolenie na miecze świetlne jest...no bo przecież w filmie "Gwiezdne Wojny"- nikt nie walczył, za to pistolet-ooo. to jest broń, uczy agresji. Czy chłopcy, którzy 20 lat emu mieli broń zabawkowo, wyszli na ulice i wszystkich pozabijali? Nie dajmy się zwariować...mój Boże ja czami, myślę, iż świat jest śmieszny. Nie zapominajmy, iż wszystko idzie na przód w szalonym tempie, my to widzimy, domyślamy się perspektyw życiowych, ale w nas i w naszych dzieciach są dalej pozostałości naszych przodków-instynkt przetrwania- walki itp. Dajmy dzieciakom się pobawić w walki- jeśli jest to  na niby...nic się nie stanie, nie wyrosną na morderców...Rozmawiajmy jednocześnie o skutkach broni w życiu ludzi, uczulajmy ale nie dajmy się zwariować. Ja osobiście uwielbiam te pistolety z miękkimi strzałkami- sama się tym bawię razem z nimi. A ci dorośli co chodzą na Pain Balls, to też coś z nimi nie tak??? ;)

Jeszcze jedna taka myśl...Zojka sie przebudza... Rodzice mają teraz wmawianę, iż za mało z dziećmi spędzają czasu, narzuca się nam, iż prawdziwa rodzina to taka siaka i owaka...a weźcie nie przejmujcie się. W latach 70-80-tych rodzice spędzali z nami o 30% mniej czasu, niż teraz. I może to i lepiej dzieci były z dziećmi i wszystko się kręciło. Nie patrz się ciągle co twój syn robi, naucz go samodzielności...ty Polska Matko :P oducz się ciągłego usługiwania, daj możliwość nauki na błędach...za niedługo twój kochany synuś będzie miał 20 lat i dalej wołał : "Mamo, kiedy śniadanie?", zamiast samemu zrobić. Ale jak ma zrobić, jak on nie wiem gdzie nóż, i jak się smaruje chleb?


Paulina- mama Zojki, Zuzi i Józia




poniedziałek, 26 czerwca 2017

I JUŻ PO DRUGIEJ STRONIE ...

Oj dawno mnie tu nie było… Całkowicie zatopiłam się  w "nowym życiu", po urodzeniu Zośki. Widzę, iż ostatni roboczy post zaczęłam konstruować tydzień po porodzie, ale jak widać nie skończyłam :). Obecnie jestem  już prawie 4 miesiące mamą trójki dzieci- pięknie nazywaną "Wieloródką"- okropne określenie, takie kategoryzujące, jakoś dla mnie lekko nasiąkniete patologicznym wymiarem.


Zocha urodziła się niestety w Walentynki… biedna całe życie będzie słyszała "Oooo, w Walentynki, jak fajnie" ;). Trudno, będzie musiała żyć z naznaczeniem. Poród jak to poród do prostych czynności nie należy, ale to w osobnym poście opiszę. Teraz czerpie niesamowitą radość z posiadania trójki bąbli.
 Bąble starsze bardzo fajnie weszły w role starszego rodzeństwa (oczywiście euforia minie po jakim czasie- jak przy nowej zabawce…mi zapewne też w pewnym momencie nie będzie, aż tak wesoło ;) ), ale jest cudnie. Jednak starsze dzieci w domu i noworodek to jest dobry mix. Mogę się spokojnie wykąpać, kiedy oni są w stanie wziąć Zochę na ręce i utulić do snu. Zuzia tweirdzi, iż żadna niania nam nie potrzebna, iż ona się zajmię Zosią. I nie ma co dyskutować, iż ma rację. Oczywiście dla sprostowania - nie będę córką się wysługiwać, ale też uważam, iż dziecko powyżej 5 roku życia jest w stanie zająć się swoim młodszym rodzeństwem. Mogłam owe obserwacje dokonać jeżdżąc tu i tam. I nie trzeba wychylać nosa poza Europę, baaa poza Polskę.  Na wsiach, w rodzinach wielodzietnych, czy niestety patologicznych owy proces, iż starsze zajmuję się kompleksowo młodszym jest normalne. Uważam, iż taki schemat jest normalny pod warunkiem, iż nie wykorzystuje się straszego dziecka. Uczy to odpowiedzialności za kogoś słabszego, myślenia i przywiązania do rodziny. Ja mając 10 lat zostałam siostrą i powiem szczerze, iż cały czas, aż do wyprowadzki zajmowałam się bratem. Owa opieka wynikała z chęci pomocy rodzicom, odciążenia mamy i była to dla mnie frajda i niezwykły krok w dorosłość- byłam dumna, iż jestem w stanie sama zająć się bratem, nauczyć go czegoś. Wszędzie go brałam. Jak poszedł do żłobka, oj pamiętam przezywałam niezwykle jego pierwszy dzień, w szkole cały czas myślałam jak najszybicej pójść po niego… Opieka nad bratem nauczyła mnie emaptii wobec innych, wyczuwania emocji i reagowania na nie. Owe cechy przydają się później w życiu.
Powiem szczerze, iż trochę miałam obawy jak to będzie z ogarnięciem się - mała Zocha, szkoła. zajęcia dodatkowe itp.- ale dajemy radę. Grunt to organizacja i generalnie pogodzenie się z owym faktem, iż przez kilka dobrych lat "nie ma za bardzo czasu na opieprzanie się i jęczenie". Po uszy wpadłam w rytm;

  • 4:30-5:00- karmienie Zosi, aby móc wszystko zrobić na spokojnie
  • 5:00 - pobudka i wstanie z łóżka
  • 5:30- szykowanie śniadania/ śniadaniówek
  • 6:00/6:250 ulubiona :P ma czynność- BUDZENIE DZIECI- to jest czasami moment lekko mnie nerwicujący bo trwa przez 30 minut. Już tyle sposobów użyłam, aby ten poranek umilić…np. ściąganie ich za nogi i ciągnięcie do salonu, puszczanie Czeskiego Budzika https://www.youtube.com/watch?v=GAL73ieL1LE ,  bądź Króla Julianna https://www.youtube.com/watch?v=Q30yNQg5YC0  , ale najlepszy sposób, to zdjęcie kołder - wtedy lekko wkurzeni się budzą i biegną za kołdrą i uciekają ;).
  • 6:30-6:50 -śniadanie
  • 6:50-7:00 - mycie zębów i sprawdzenie tornistrów- zawsze coś ginie ;)
  • 7:05-7:10- wpakowanie się do auta i do szkoły
Grunt to dobra organizacja. Już wiem dzień wcześniej co włożę do śniadaniowek i przygotowane ubrania.

Potem ja mam czas na posprzątanie,  na nakarmienie Zochy co trwa  do godziny 9. Potem pranko, sprzątanko itp. do 11- Zocha często uczestniczy w owych zajęciach. Koło 11 kolejne karmienie i drzemka małej. Wtedy mam przyjemność- kąpiel w wannie i kawusia i książka/gazeta. O 12 Zosie się budzi i się ogarniamy, Kolo 13 wyjazd do Wrocławia, trzeba zrobić zakupy i pojść po bąble. Powrót miedzy 16-17 i czas relaksu dla dzieci- maja zawsze z godzinę na zabawy- obecnie grami w piłke nożną w ogrodzie jak i bapingtona, jazda na rowerach, skakanka. Ale od tygodnia, dokładnie od niedzieli mamy nowych lokatorów w domu. Mamy udomowioną kotkę- wsiowa, ale cały czas gdzieś kręci się po domu, czasami spała- bardzo miła i czyściutka- i w niedzielę, schowała się w Zuzi pokoju w komodzie i nie zauważywszczy przez nas-mieliśmy gości- urodziła dwa kociaki potem juz przy nas kolejne dwa. Przy nas- to znaczy, iż obserwowaliśmy- ja nigdy nie widziłam żadnego porodu więc było to dla mnie przeżycie i tyle emaptti wobec kotki-Morelki( tak jest nazwana przez dzieci, gdyż ma morelkowy kolor sierści). Miło jest obserwować podobny schemat życia u siebie jak i u kotki. Większość dnia to opieka nad maleństwami/Zośką. Kotka jest tak opiekuńcza, że nie jedna ludzka matka powinna się uczyć od niej cierpliwości i czułości, jak i poświecenia ;)

 Generalnie życie płynie, a ja razem z nim. :)  Następny post będzie dotyczył… Mężczyzn - ich roli w naszym życiu i jak ich postrzegamy dziś, a jak kiedyś…. :) Motywem przewodnim będzie "torebka". :)

Paulina-Mama Zuzi, Józka i Zojki


Nasza rodzinka :) wielkogatunkowa :)






wtorek, 7 lutego 2017

PRZEMYŚLENIA...CZĘŚĆ DRUGA...

Ufff...właśnie siedzę przy stole w kuchni...przetoczyłam się z kanapy, gdzie próbowałam odetchnąć z "kręconymi" nogami w górze...ulga żadna.... Moja ciąża jest tak upierdliwa, wykańcza mnie psychicznie, czekam do porodu, wiedząc, iż wszystkie te dolegliwości z ciśnieniem, zgagą, rwa kulszową znikną jak nic…ufff, co za ulga będzie. Już żyję okresem po porodzie. Śmieszne jest to, iż byłam przekonana, że trzecia ciążą będzie cudownym okresem. Zuzia i Józek są już samodzielni w większości sfer życiowych, ale nie brałam pod uwagę faktu, iż to ja stanę się jak to mówi Zuzka "nieruchliwa". Od 2 miesięcy nie jestem w stanie przejść więcej niż kilka kroków bez rwącego bólu rwy kulszowej.Moi nowi przyjaciele- to kule do chodzenia.  Od miesiąca siedzimy w domu, dzieci pławią się w bajkach, tabletach, ja zaś mobilizuje swoje ciało, aby przejść kawałek drogi z salonu do kuchni i coś im zrobić do jedzenia. Dzieciaki są wyrozumiałe, ale się nudzą, nawet największych owoc zakazany (jak tablety i bajki kontrolowane do tego czasu) już stają się nieatrakcyjne. Jest środek dnia, a ja chce spać, w ogóle bym przespała cały dzień, w nocy ból nóg nie pozwala mi spać. Jak do tej pory bałam się porodu tak teraz czekam na niego jak na wybawienie. Jest mi obojętnie już gdzie rodzić, byle by urodzić zdrowego kolejnego bąbla i aby moje ciało odżyło.
Nie mogę sprzątać, muszę się uspakajać widząc brud do dokoła mnie. Teraz siedzę i piszę i widzę zawalony stolik paluszkami, kubkami i jabłkami, staram się nie skupiać na tym i pisać dalej. Jednak czuje podirytowanie, iż w garderobie jest sterta ciuchów do ogarnięcia, kurz wszędzie, okna zapaćkane...nie lubię syfu- strasznie mnie rozdrażnia.A z drugiej strony myślę o tych kobietach na świecie, które nie mają wsparcia męża i środków do życia, jak i opieki medycznej i muszą sobie radzić.Staram się nie użalać nad sobą, uspokoić się, iż za kilka dni życia będzie mniej przyjemne, iż dzieci nie zgłupieją od bardziej leniwego trybu. Plus jest taki, iż muszą być bardziej samodzielne i uczyć się wyrozumiałości. Pomagają mi wstawać z kanapy jak już całkowicie noga mi zastygnie...I tak sobie myślę, iż to co zostało mi dane wcześniej, teraz do mnie wraca- dobroć i troska. Jak to się mówi, zawsze są plusy i minusy danej sytuacji. Generalnie ostatnio wegetuje w domu, nie mam ochoty na spotkani z ludźmi, na żadne wyjścia, nie czytam książek, mało co oglądam generalnie to leżę i się gapię na okna sufitowe i na chmury za dnia i na gwiazdy w nocy. Dziś wziełam kompa, licząc, iż uda mi się sklecić parę zdań. Idzie mozolnie. Mózg nierozruszany, nie funkcjonuje normalnie. Mogę otwarcie powiedzieć, iż moje "szcześliwe macierzyństwo" uległo zachwianiu. Jednak większość czasu staram się uśmiechać i żartować z siebie i swojego stanu…i wyłapać te dobre strony. Na pewno jedno z nich jest, iż dzieciaki muszą być bardziej samodzielne i uczą się, iż czasami coś się może zmienić i będą musieli sobie jakoś poradzić. Nie ma wołania "Mamo, podasz mi…itp", a wręcz przeciwnie jest na odwrót. To oni muszą posprzątać wszystko co leży na podłodze- uuu zanim ja się schylę, a potem wstanę to mija czas, przynieść mi wody itp.. zrobić sobie samemu kanapkę, pokroic jabłko, znaleźć ubranie. Co jest jeszcze pozytywne, teraz każdy jak widzi taką połamaną w ciąży to jest miły. Jest to fajne, ale jednocześnie irytujące. Gdziekolwiek, gdzie sie nie wybiorę, jak ktoś przyzauważy, iż idzie "kulawa" i to w ciąży to się na mnie patrzą. A jeśli było by tak, iż od zawsze jestem "kulawa" - to co nie mogę być w ciąży? :) Jestem w stanie też zrozumieć w jakimś mikroprocencie osoby zamknięte w swoim ciele. jak umysł chce coś innego, ale ciało się nie słucha. Frustrujące jest być zależnym od innych, nie móc wyjść kiedy ma się ochotę. Teraz jeśli mam wyjść z psem to jest to dla mnie wysiłek, nie wychodzę jak jest ślisko, boję się panicznie szpitali- a jak huknę, nogi w gips i patologia ciąży- to już by było za dużo atrakcji i całkowita dezorganizacja życia rodzinnego. Wiem, iż mój stan jest upierdliwy dla innych, więc staram się być jak najmniej obciążająca, nic nie potrzebująca, nie trująca dupy i nie angażująca w swoje boleści. Staram się angażować  tyle ile mogę, namiętnie gramy w gry planszowe. czytamy książki z dziećmi i rozmawiamy. Dla nich jest to duża zmiana, nagle z aktywnej mamy muszą zaakceptować, iż mam okres przestoju. W tym roku udało mi się być z nimi raz na sankach, oczywiście oni zjeżdzali, a ja się patrzyłam- miałam taką przyjemność z tego, bąble też pokazywały swoje najróżniejsze style jazdy. Takie chwile upewniają mnie w słuszności decyzji o posiadaniu dzieci - kocham je i są niezwykłe. Na nic nie zamieniła bym swojego życia. Dla mnie jest idealne - bo mam rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza. Sądzę, iż w dzisiejszym rozchwianiu wartości rodzinnych, posiadam skarb i mam z czego być dumna i szczęśliwa. Współczuje ludziom, którym nie dano mieć szczęśliwej rodziny- jest to największa strata człowieka. Jak myślę o tych samotnych ludziach, o dzieciach bez normalnego dzieci to ogarnia mnie smutek…Jak mało i zarazem dużo nam trzeba, aby być szczęśliwym. Plusem całego zamieszania z moim brakiem aktywności jest czas właśnie przemyśleń nad rodziną, nad szkołą, pracą- stwierdzam, iż zachowanie spokoju i dystansu do wszystkiego to rzecz święta. Nie skupianie się nad pierdołami to sukces w życiu, a przynajmniej jego część- zachowanie spokoju jest kluczem w życiu, żeby nie zwariować, umiejętność odpuszczania sobie i innym. Wrzucenie na luz tak zwany jest niezwykle trudne, ale możliwe. Nie mówię tu o całkowitym lenistwie i nic nieróbstwie. ale nie o fiksowniu się na rzeczach zbędnych. Ludzie narzucają sobie za dużo. a potem nie znoszą swojego życia. Uważam, iż większość z nas po mimo transformacji systemu społecznego nadal jest potrzebne ciepło drugiego człowieka, poczucie zrozumienia i docenienia. Rarytasem jest móc się do kogoś przytulić, oprzeć głowę na ramieniu. Ja mam owe "skarby" i one mi dają siłę. Nie kupno super wózka czy łóżeczka z 20 funkcjami, ale ta świadomość, iż mam rodzinę, która mnie kocha jest tym czymyś, co mnie trzyma przy dobrym humorze. Jak widzę jak Zuza biegnie z kulami, żeby mi podać, jak pomaga Józkowi znaleźć czapkę, jak Ziut co dzień rano całuje brzuch i pyta się "Jak twój dzidziuś się dziś czuje?", jak pomaga w podniesieniu czegokolwiek, mąż, który znosi wszystko (oczywiście, iż mam złości i frustracje chwilowe) - to są fundamenty mojego życia.
Co jeszcze z przemyśleń to, iż moja opinia o telewizji i tym czym karmi się widzów nie uległa zmianie. Oczywiście siedząc w domu puszczam telewizję- żebyś coś buczało - jednak z przerażeniem widzę kilkanaście programów z taką sieką dla mózgu, matko nie wiedziałam, iż jest tyle gówniastych programów, przerywanych "cudownymi" reklamami - głównie chemii, lekarstw. Te reklamy z matkami dającymi całej rodzinie lekarstwo i te miny - rozśmieszają mnie do rozpuku, a jednocześnie przerażają ile odbiorców jest bezkrytycznie wierzących w to co usłyszą. Chętnie wtedy wpada mi pomysł na zrobienie szkoleń  z zakresu "Bezkrytycznego myślenia" i poddawanie się fali. Tragedia. Jeszcze lepsze są programy nocne z wróżkami, ja wiem, iż to jest podłe naśmiewanie sie z innych, ale  jest to dla mnie abstrakcja. Sądziłam, iż nie ma takich rzeczy, a jednak interes jest jak nic. Powiem tak, jestem pod wielkim wrażeniem, iż taka sieczka się sprzedaje. Czy masz 5 kanałów czy 150 nie ma zazwyczaj co oglądnąć. Wszystko jest na jedno kopyto, przewidywalne i mało ciekawe. Kanały bajkowe - tragedia, większość bohaterów to jakieś dziwadła, do tego rozdarte. Dzieciom- zwłaszcza Józkowi- podobają się te rozdarte pyski, nie truje mu już, iż to durnoty, bo nie mam sił, aby zaproponować mu cały dzień rozrywek, a sprawia mu to przyjemność, więc wrzucam na luz, ale z wielką przyjemnością myślę, jak zdezaktywuje TV w naszym domu, jak tylko będę się dobrze czuła :D. Ajjj telewizji jak najmniej…i tyle.

Kurcze jest 14:30, a ja dalej w piżamie- dziś dzieciaki poszły obydwoje do szkoły, miałam całkowity dzień tylko dla siebie - czyli nic nie robiłam,  leżałam i odsypiałam nieprzespane noce. Niestety im mniej ruchu tym mniej boli- ale niedługo minie i będzie cudownie :). Idę się ogarnąć. Nigdy nie przepadałam za chodzeniem w piżamie, taki objaw jak dla mnie- lenistwa i niechlujstwa. Mam godzinę na ogarnięcie się i domu. Ale bez spinania się, luz ….oto nasz pies z kotem- widać, iż po mimo różnic dzielących ich dają radę :)

Paulina - mama Zuzi i Józka i siedzącej  w brzuchu Zośki :)

piątek, 4 listopada 2016

MACIERZYŃSTWO W CIĄGU 8 LAT - PRZEMYŚLENIA CZĘŚĆ PIERWSZA....

    Od mojego pierwszego doświadczenia w dziedzinie jakim jest macierzyństwo minęło 8 lat. 8 lat cennego czasu, dla mnie, dla moich bliskich. Rodząc Zuzę miałam 23 lata, na porodówce byłam najmłodsza, co pamiętam budziło wiele przyjaznych reakcji personelu, ze względu na zachowany zegar biologiczny. W tym czasie kończyłam jedne studia i zaczęłam drugie- swoje wymarzone-Psychologię. Miałam wcześniejsze doświadczenia w opiece nad dziećmi, po przez zajmowanie się młodszym bratem jak i dorywczą pracą jako niani.  Urodzenie dziecka nie wiązało się z jakimś większym stresem, ja byłam bardzo szczęśliwa, iż będę mieć maleństwo. Poród był okropny-trudno-początki karmienia i gojenia się ran poporodowych- można było przeżyć. Największe wyzwanie to była organizacja czasu i nauka ogarnięcia domu. To było dość frustrujące, gdyż w sumie byłam sama z Zuzą, na co dzień nie miałam pomocy. Mąż wiecznie w pracy- ktoś musiał :). Wtedy jeszcze byłam wściekająca się żoną, która dzwoniła "Kiedy będziesz,?", i dającą swój dowód niezadowolenia, kiedy usłyszałam godzinę "Późno kochanie". Większość czasu spędzałam z Zuzą sama, Zuza była wrzeszczącym niemowlakiem, nie zwykle absorbującym uwagę. Miałam jej czasami naprawdę dość, ale nie doceniałam faktu patrząc się z dzisiejszej perspektywy, iż miałam od cholery czasu. Fakt byłam zmęczona, ale nie ukrywajmy faktu, iż mając jednego zdrowego niemowlaka mamy dużo czasu w ciągu dnia. Nie chcę umniejszać pracy kobiet w domu, ale wydaje mi się, iż przebywanie z jednym dzieckiem, które nie zacznie chodzić, jest bardzo spokojne. Wystarczy nauczyć się organizacji i nie obijać się. Zaplanować, iż wychodzę z domu o 9 rano, a nie do południa latać w piżamie i się frustrować, iż pół dnia minęło,a tu nic. Wstań razem z mężem, napij się z nim kawy, wykąp się, przecież można wziąć niemowlaka i wsadzić do łazienki w foteliku samochodowym i się ogarnąć w ciągu 20 minut. Będzie wrzeszczał trudno- nic się mu się nie stanie. Puść ulubioną  muzykę w trakcie kąpieli. Ubierz się wygodnie, ale schludnie, zadbaj o biustonosz do karmienia i wkładki laktacyjne, żebyś się nie kleiła od pokarmu i nie czuła się atrakcyjna. Idź na zakupy, zaplanuj co dziś będzie na obiad- nie musi być wykwintnie-zrób obiad do południa, przespaceruj się, pośpiewaj ulubione piosenki, jak najczęściej się uśmiechaj. Jak bąbel pójdzie spać, poczytaj coś-żebyś nie miała wrażenia, iż stajesz się coraz głupsza. Nie siedź na necie przeglądając co jeszcze można kupić-to zabiera kupę czasu, zapewne masz wszystko dla maleństwa-a może nawet więcej niż trzeba i zapewne wiele rzeczy zostanie nie użytych :).

Nie staraj się myśleć, iż przez to, że siedzisz w domu z dzieckiem tracisz czas...nie tracisz...a na co tracisz czas, na wychowanie dziecka? Nic nie może się równać z zadaniem wychowania dziecka na dobrego i mądrego człowieka. Tylko nie zatracaj się, nie kupuj mnóstwa rzeczy dla niego, które mają stymulować jego rozwój. Nie uważam, iż pokolenia, które nie miały mnóstwa stymulujących, wrzeszczących plastikowych zabawek są głupsze....szczerze mówiąc, już bym się przychyliła do tezy, iż jest odwrotnie. Ale to jest temat na inny post.

Co jeszcze z moich przemyśleń....Ooo właśnie, nie staraj się być idealna i myśleć, iż jesteś i twój partner jest taki głupkiem , iż nie potrafi się zająć własnym dzieckiem, nie pouczaj go, nie patrz na ręce. Sama sobie kopiesz dołki, w które powpadasz za jakiś czas i będziesz wyć i nie znosić swojego partnera,ojca dziecka. Zachowując się, jak byś była alfą i omegą w wychowaniu dziecka zniechęcisz swojego partnera do zajmowania się nim i  będziesz mieć problem, sama nauczysz go-a raczej wmówisz, iż nie umie się zajmować. Przestań wychodząc do sklepu, uczelni czy gdziekolwiek po 5 minutach już wydzwaniać, szlag może trafić twojego partnera. Ty też, nie przyznając  się czasami, nie wiesz co zrobić z tym wiecznie plączącym niemowlakiem, ale przy nim jesteś ekspertką....;) Tylko tak Ci się wydaję... Ojciec świetnie zajmie się swoim dzieckiem, i jeśli do tego się garnie-to bądź mądra i nie zniechęcaj go. Poza tym jesteś z nim, nie jest durniem-inaczej byś z nim nie byłą. to dlaczego w kwestii opieki nad dzieckiem maił by sobie nie poradzić. Dajmy spokój z tym tematem, ogarnięty 6-7 latek jest w stanie zająć się dzieckiem... W czasach wojny dzieci zajmują się innymi i sobie radzą, dzieci z rodzin wielodzietnych również, dzieci z owdowiałymi rodzicami, bądź rodzicami, którzy niestety się nimi nie zajmują, też potrafią sobie radzić, wiec twój DOROSŁY PARTNER NIE UMIE???

Gorzej mają oczywiście Mamusie, których partnerzy nie garną się do opieki. Może taki mały szok. Mąż wraca z pracy- a ty mówisz, wychodzę do kina, nie dzwoń do mnie...Rzucasz na odchodne- "Dasz radę, kocham Cię" i już. Możliwe , iż będzie z tego awantura, a może pomoże w problemie.

Co jeszcze....Raz na jakiś czas, może być raz na tydzień, zależnie jak możecie, wyznaczcie jeden dzień wychodnego. ale nie do sklepu po pieluchy(chociaż to może być również atrakcja), tylko wyjście gdzieś kino, kawiarnia, kupno czegoś dla siebie. Nie broń się się przed tym. Strach wzbudzają we mnie mamy, które są dumne, iż dziecko ma 5-6 lat i nie rozstały się z nim nigdy na noc. Nie wiem jak wy, ale ja w tym widzę problem...a co z wyjazdami dzieci na kolonie, spaniem u koleżanek....brak samodzielności w tej dziedzinie. Poproś babcię, ciotkę, koleżankę, zatrudnij nianię na 2 h tygodniowo i wyjdź, żebyś nie zrzędziła, iż tylko dziecko i dziecko. Na początek oczywiście 2 godziny, ale potem można zwiększać.  Ty się zrelaksujesz, a bąbel nauczy się być z innymi. Owa umiejętność bycia z innymi ludźmi przyda się w razie nagłego przypadku, jak nie będziesz mogła być z nim -choroba, wypadek cokolwiek, życie jest różne, stwórz ten komfort, żebyś nie zwariowała i dzieciak również ja nie będziecie mogli być razem.

Dalsza część moich przemyśleń w następnym poście....Może jutro...jak na wiosce zasięg złapię...tymczasem pozdrawiam i życzę relaksu.....i dystansu do siebie...Józek ma dystans.... oby mu zostało na zawsze




wtorek, 25 października 2016

SZCZĘŚLIWE MACIERZYŃSTWO , CZY NA PEWNO?

Długo, oj długo nie pisałam. Owa przerwa wynikła z dwóch powodów, przeprowadzki i ciąży. Przeprowadzka to  zmniejszona dostępność do Internetu, zaś ciąża - ogólny stan rozbicia. Niestety owa ciąża jest zupełnie inna niż pozostałe dwie, co powoduje we mnie lekkie zachwiania nastroju. Oczywiście nie mam depresji ;), tak powszechnej w jesienne dni. Chciałam od razu zahaczyć tematu "depresji jesiennej"...przereklamowanej...matko, kto z was widział osobę w depresji??Polecam film "Plac zbawiciela"- tam jest realny obraz kobiety chorej na depresję. Depresja to choroba i koniec. Czy tyle Polaków jest chorych psychicznie? O matko, to trzeba uciekać. Wy macie lekkie wahania nastroju, tylko się sami nakręcacie. Nie lubię tego sformułowania...mam deprechę...weź się w garść, weź sobie witaminę D, nawet jak by miała wywołać efekt placebo i żyj, a nie skupiaj się czy pada deszcz i czy masz dziś mieć "depresję".  Pomyślmy, czy zawsze trzeba być w dobrym nastroju. chyba to było by odstępstwo od normy, trzeba mieć zachowaną homeostazę psychiczną- równowagę, potrzeba tych gorszych jak i lepszych dni i tych "normalnych".
Wracając do osobistych przeżyć, ja mam dziś dobry dzień- chociaż wstałam rano po słabo przespanej nocy,  spóźniłam się z bąblami do szkoły i pada deszcz....- bo ja sobie co dzień zadaje pytanie, kiedy jest mi gorzej- "Czy ja mam naprawdę powód, żeby narzekać?. Nie mam, ale jak chcę to sobie owy powód zrobię, z bzdury zacznę się tak nakręcać, aby móc powiedzieć, iż mam dziś zły dzień, co spowoduję, iż będę oczekiwała zrozumienia od innych i nic nie robienia, bo mam gorszy dzień...błędne koło...Nie chce wpadać w takie koło, chcę się cieszyć mordkami swoich dzieci, obecnością męża i tym co mnie czeka. To co mnie czeka, zależy ode mnie w większej mierze. Wczoraj byłam lekko poirytowana, ale wiem dlaczego, bo odkąd jestem w ciąży, nie robię nic konkretnego dla siebie- chyba się nudzę. Nie wynika to, z tego, iż mi się nie chcę, tylko ze złego samopoczucia fizycznego w ciąży. Plus poczucie obowiązku, iż nie mogę być taka "dupowata" dla dzieci i męża powoduje we mnie jeszcze większe rozterki.
Jestem już w zaawansowanej ciąży, początki przypadły na wakacje...Koszmar - 3 miesiące, tylko leżenie nie powodowało chęci wymiotów, kręcenie się w głowie, ból głowy - migreny plus upały i obowiązek -przyjemność zajęcia się bąblami. Nagle mama-aktywna zaniemogła i stała się stękająca. Wszędzie chodziłam z workiem, w razie potrzeby. Najchętniej bym leżała, leżała i nic nie robiła- to chyba zaczynająca się "depresja"...Z wyczekiwaniem czekałam na magiczne zakończenie I trymestru i wielki przypływ energii w II trymestrze. Jednak owy ENERGY POWER nie przyszedł do dnia dzisiejszego. Oprócz bólu głowy, doszedł problem z ciśnieniem i drętwiejącymi rękami, zgaga...jak to moja babcia powiedziała...już nie jesteś młoda...to fakt :). Dalej tylko leżenie powoduje spokój w moim organizmie. Oczywiście nie leże, robię co mam robić, bo inaczej bym zwariowała...Bąble rozumieją, iż mogę się źle czuć, ale zapominają o tym, więc wymagają ode mnie mega zaangażowania, a ja też nie chce obniżać wymagań wobec ich więc wszyscy mamy szkolę życia przez ciąże...mąż zachowuje idealny spokój w tym wszystkim...Nie mamy pomocy w nikim przy codziennej krzątaninie i czasami jest naprawdę ciężko, ale to tak mi się wydaje cementuje nasz związek... i naszą rodzinę. I powiem wam, iż kocham swoje życie...bo mam wokól siebie osoby, które mnie kochają. Nie szukam dziur w całym, staram się nie użalać nad sobą, tylko cieszyć się, że będzie kolejne serce do kochania i mnie kochające. Oczywiście będzie różnie, będą gorsze dni, trzeba będzie podzielić swój czas na trójkę bąbli. Już teraz rozmawiam ze starszymi, jak to może być różnie. Zuzia zoobligowałą się,iż mała będzie spać u niej.Zgodziłam się...zobaczymy. Józek mówi, iż będzie jeździł wózkiem. Pomoc będzie jak nic...I to mi daje siłę, aby nie leżeć i nie wyć jak się czuje, tylko myślę, rozmyślam, wyobrażam sobie jak będzie cudnie i skupiać się na tym jak jest fajnie. Mam wszystko co mi trzeba, przyjaciela w mężu, przyjaciół-czasami hedonistycznych- w dzieciach, spokój wynikający z doświadczenia macierzyństwa, życia, wiem "co z  czym się je", nie przejmuje się bzdurami, umiem już życ wyłącznie dla rodziny i siebie, umiem spędzać czas sama. Jedynie co mnie martwi, to zmieniające się ciało w ciąży i brak możliwości ćwiczeń fizycznych, czuje się mało atrakcyjna, ale myślę, iż za jakiś czas będę mogła biegać i to mnie cieszy, już teraz. Zaakceptowałam, iż czuje się źle we własnym ciele, ale przesunęłam pracę nad nim za jakiś czas. Nie ma co się spinać..jak nie można rozwiązać problemu dziś...Chcę czuć się szczęśliwa, cholernie szczęśliwa... tylko to coś da innym, zaś jęczenie jest nikomu nie potrzebne...zostawię sobie "ową przyjemność" na naprawdę poważne troski w moim życiu. Właśnie leżę i przeglądam zdjęcia rodzinne i tak się cieszę na dziś wieczór - spędzę czas ze swoją rodzinną.

Moje macierzyństwo jest szczęśliwe i będzie i nie dlatego, iż tak mi się układa, ale dlatego, iż ja sama je układam. Tak jak w bajce "W głowie się nie mieści", każdy z nas potrzebuje tych lepszych dni i gorszych, aby być szczęśliwym człowiekiem. Problemy potrafią nam pomóc w dłuższej perspektywie. Mówię o problemach, a nie wydumanych bzdurach. Wydaje mi się, iż jak mamy prawdziwy problem, to myślimy o dobrej intencji działania, zaś skupianie się na bzdurach, powoduje wyłącznie w nas negatywne emocje. Skupiajmy się na dobrych aspektach życia, nie rozdrabniajmy się nad pierdołami. Zobacz jaki pięknie pada deszcz :)



Paulina- mama Zuzi i Józka

https://www.youtube.com/watch?v=FfFN1GCWSko


poniedziałek, 12 września 2016

LUDZIE W NASZYM ŻYCIU...

Na blogu www.pokierujsoba.blogspot.com, którego współtworzę, możecie przeczytać wpis "Inni ludzie". Wracam do tego wpisu, z perspektywy macierzyństwa. Zuza na zakończeniu roku zaśpiewała piosenkę o prawach dziecka, z zaznaczeniem, iż może bawić się z kim chce...i tak dziś wróciłam do tej piosenki myślami, jak odebrałam dzieci ze szkoły i posiedziałam na boisku szkolnym.
Grupka dzieci- klasy początkowe- zachowywały się tak głupowato i durnowacie,  brały wodę do buzi i oblewały plecaki innych dzieci- ciesząc się do rozpuku. Na zwracanie uwagi ją ignorowały, zero jakiegokolwiek przepraszam i poczucia winy, iż niszczą rzeczy innych. Ich sposób komunikowania, wyrazy były takie nieprzyjemne dla ucha.

Nie chciała bym, aby moje dzieci się z nimi bawiły. I teraz już zacznę się bronić, przed hejtem, iż dziecko nie jest winne warunków w jakich się wychowuje. Jest to absolutna racja, chcę podkreślić, iż mi takich dzieci szkoda.Nie jestem odrealnioną matką wariatką, która wychowała się w cukrowym domku, ale moje dzieciństwo było przeciętne, stykałam się z różnymi ludźmi, mieszkając w starej kamiennicy. Miałam różne koleżanki w szkole. Pracowałam w Domu Dziecka. Z własnych obserwacji wiem, iż nie trzeba być dzieckiem z patologii, aby być niemiłym i chamskim. W moim sercu siedzą dzieciaki z różnych ośrodków, których los skrzywdził potwornie, ale bym z nimi w ogień skoczyła, zaś i te właśnie chamskie i ordynarne z dobrych domów.

Na to nie reguły... ale ja wiem, iż ja chce,aby moje dzieci otaczały się mądrymi i kulturalnymi dzieciakami. Mogą bawić się ze wszystkimi na boisku szkolnym, nie zamierzam zabraniać im przyjaźni  szkole z nikim, ale poza szkołą będę dążyła do podtrzymywania znajomości z tymi "mądrzejszymi". Chcę, aby ciągnęły do góry.

Ja też chcę ciągnąć do góry, dlaczego moje dzieci mają tego nie robić??

Paulina

wtorek, 6 września 2016

DZIECIŃSTWO JEDYNY OKRES, KTÓRY TRWA WIECZNIE W NAS..

Wczoraj złapała mnie ochota na oglądniecie jakiegoś filmu psychologicznego. Przypomniał mi się tytuł "Pręgi", który był polecany przez bliską memu sercu osobę. Film zrobił na mnie mocne wrażenie. Nie zwykła gra Michała Żebrowskiego wciąga w świat uczuć bohatera. Kto nie oglądał to polecam...

Dzieciństwo to czas, który przejawia się w naszym życiu w różnych sytuacjach jak jesteśmy dorośli.
Nie zwykle ważna rolę, aby ono było "stabilne", nie użyje celowo słowa normalne, gdyż nie ma norm na nic, mają opiekunowie dzieci. Bardzo łatwo jest oceniać swoje dzieci, karać i obrażać, trudniej jest dobrze wychować. Aby dobrze wychować to my rodzicie/opiekunowie musimy się starać i być dobrymi ludźmi.

Czasami my sami walczymy ze swoim dzieciństwem, które wraca jak bumerang na co dzień. Włączamy do schematu zachowania, których tak bardzo nie akceptowaliśmy u swoich rodziców. Jest to mimowolne, ale jednocześnie pokazuje nam jak ważne jest zachowanie równowagi w wychowaniu dzieci, co zrobił z nami jeden komentarz od ważnej osoby w dzieciństwie, aby cały nasz świat się rozpadł na kawałki i nie złożył się już nigdy tak jak kiedyś.

Mnóstwo jest kampanii o biciu dzieci- całe szczęście- może ktoś się ocknie, pójdzie się sam prze leczyć ze swojego dzieciństwa...ale ile jest przemocy psychicznej, tak głęboko ukrytej...Przeraża mnie myśl, ile osób nie jest zdolnych, aby mieć dzieci....w jednych z filmów Woody Alen wspomina, iż mamy licencje na wszystko, tylko na posiadanie dzieci nie ma, a by się przydała. W swoim doświadczeniu zawodowym widziałam rożne dzieci, te w domach dziecka, sieroty społeczne, te wychowujące się w "normalnych rodzinach" i za każdym razem dostaję gęsiej skórki, myśląc co te dzieciaki mają w głowach...jakie myśli krążą po tych główkach, jakie mają sny, co myślą o otaczającym nas świecie...Dzieci bite, dręczone psychicznie...jaki odczuwają strach, lęk, cały dzień i w nocy...Jak uciekają z własnego domu, żeby czuć się bezpiecznym i czekają, aż ktoś im pomoże, i kochają całym sercem swoich rodziców....dzieci zawsze kochają, cierpią ale kochają, zawsze są po stronie rodziców, chociaż oni je biją i wyzywają, dziecko potrafi dużo znieść, czeka tylko, żeby je kochać i akceptować, przytulić do snu, obudzić rano z uśmiechem, one chłonie wszystko co dobre ....i nie tylko,ale i złe....Nie potrzebuje nic, naprawdę nic, żadnej zabawki, wycieczki, tylko twojej ręki, która go chwyci jak będzie źle i przytuli. Potrzebuje każdego dnia szacunku i dobroci, zapewnienia, iż zawsze będzie przy nim i go akceptował, tłumaczył, wymagał i wybaczał błędy. Nie krytykował ciągle, nie poniżał, nie mówił, jaki ty jesteś wspaniały, a ono nie.... Nie wypominał każdego błędu, ale wskazywał możliwości rozwiązywania.

Wszystkiego jesteśmy w stanie się nauczyć będąc dorosłymi, ale tak ciężko jest nauczyć się jak być szczęśliwym. Potrzebuje tylu lat terapii, zmagań z własną psychiką, wielu kryzysów w życiu dorosłym, aby nauczyć się, iż możemy być szczęśliwi.

Nie wyzywaj swoich dzieci, nie bij....Tylko ty je możesz ocalić jak i zniszczyć...Kiedy ty będzie potrzebował pomocy, one pomogę Ci tak jak ty ich nauczyłeś....


Wiem, iż brakuje czasu cierpliwości i zrozumienia, ale postaraj się....wychowasz ludzi, którzy będą kochać mądrze....i będą Ciebie otaczać i swoje dzieci tą miłością......

Ja bym bardzo chciała, aby moje dzieci były ze mnie dumne,jak dorosną, aby przyszły i mi  jak będą już sędziwą staruszką i powiedziały, iż "Jestem dobrą mama", a ja zamykając oczy co dzień do snu napawała się tymi słowami.

Rodzina jest najważniejsza, nic jej nie zastąpi,

Pochodzimy z różnych rodzin, czasami z wielkim bagażem przykrych doświadczeń, dlatego starajmy się stworzyć swoja rodzinę, nie "idealna", ale dobrą i z miłością.

Pisząc ten wpis, aż się popłakałam, myśląc o wczorajszym wieczorze jak leżałam z bąblami w łóżku, robiąc im masaż na "relaksik" :) i Zuzia zapytała się, czy jak będzie na drugim końcu świata, czy przyjadę do niej, na co Józek odpowiedział, iż bez Zuzi to nie rodzina, i że będziemy zawsze razem...Tak siebie widzę i moją rodzinę, jak wysypy,które są osobno, ale jednocześnie łączy je jedno niebo- niebo miłości, zawsze wszędzie i razem- nie koniecznie fizycznie- ale w sercu i w myśli jedność na zawsze.

Tego sobie życzę i wam wszystkim.

Paulina :)











piątek, 5 sierpnia 2016

DZIECKO DOBRZE WYCHOWANE..... TEMAT KONTROWERSYJNY


Wczorajszy dzień, po odebraniu Józia z przedszkola poszliśmy na lody. Lody były okropne, nie będę wymieniać nazwy lodziarni, bo jeszcze będę mieć kłopoty :) Kiedy dzieciaki jadły lody w "ogródku lodziarnianym" , ja podeszłam do Super Pharm po mokre chusteczki, lody były zrobione głównie z wody więc wszyscy byliśmy oblepieni.  Po 5 minutach jak wróciłam koło naszego stolika kłębiły się dwie kobiety z trójką rozwścieczonych dzieci. Już czyhały nad stolikiem, prawie że wygoniły Zuzie i Józka swoją zaborczą walką o stolik. To już do przeżycia, ale nie przepadam za takim brakiem kultury i stanie nad kimś jak je, piję czy po prostu rozkoszuje chwilą przyjemności. Dzieciaki w wieku 6-8 lat zachowywały się bardzo głośno, jedno z nich wrzeszczało i wyzywało własną mamę od głupich i  durnych, a mama stała taka bezradna, zrobiło mi się jej żal. Jak ona się musiała czuć podle, jak jej własne dziecko, które tak bardzo kocha wyzywa je z powodu niesmacznej gałki lodów... Dlaczego teraz tak dużo dzieci przekracza granice szacunku do własnych rodziców- czy to jest "ta wolność dzieci" czy ich największe nieszczęście- nie mają granic i brak szacunku dla osób najważniejszych w ich życiu. Zaczęłam sobie rozmyślać ponownie nad wychowaniem, nad modelami rodzin, nad tymi mami  zdominowanymi przez własne dzieci...jaka to jest tragedia...Czy my wychowani w latach 70-80 lub wcześniej śmiali byśmy krzyknąć do swojego rodzica, wyzwać go? Nie, nie...bo dzieci były wychowywane w granicach, znały swoje miejsce w rodzinie, i nie mówię tu, iż dziecko nie ma mieć swojego zdania, powinno je mieć i powinniśmy hodować w nim swoją świadomość, ale nie powinno nikogo też krzywdzić swoim zachowaniem i go obrażać. Moim zdaniem jeśli prosimy o co dziecko, to powinno to wykonać, my też wykonujemy szereg czynności, za którymi nie przepadamy albo nie znosimy, ale życie to obowiązki i przyjemności i koniec. Wracając do tej mamy od lodów to wyobraziłam sobie ją i jej syna za kilka lat dalej, przecież to się nie zmieni, jeśli nie zostanie mocno zahamowane. Mama poszła z dzieckiem na lody, dzieci powinno było się cieszyć i być po prostu wdzięczne, a tu takie zachowanie. Ja wiem, iż teraz dzieci mają i mogą mieć wszystko i po prostu poprzewracało im się w pupciach. Rodzina to system, w systemie każdy powinien mieć swoje miejsce, tak jest łatwiej. Dlaczego kiedy dzieci z patologicznych rodzin wchodzą w role mtaki/ojca  to jest właśnie karygodnie postrzegane, "biedne dzieci" sobie myślimy, ale kiedy dziecko " z normalnej rodziny" wchodzi rodzicom na głowę, wpiernicza się w relacje żona-mąż, podejmuje decyzje co robimy, bo na nas wymusza coś, to nie jest patologiczne? Kurcze właśnie, że jest. Jest to patologia taka sama. Zastanowiliście się czasami skąd różne te choroby :anoreksje, bulimię, wszelkie nałogi....i nie występują w rodzinach patologicznych wyłącznie, jest to często efekt problemów rodzinnych, braku dobrych relacji z najbliższymi, szczerości i granic. Przykro jest mi okropnie, jak patrzę na zagubionych nastolatków. Niestety to wychowanie wpływa czasami na ich zagubienie, brak wymagań , brak nauki pracowitości i cierpliwości co do oczekiwanych rezultatów. Co jest wyznacznikiem, iż dziecko jest dobrze wychowane- dla mnie jest, że nie muszę się za niego wstydzić, Kocham swoje dzieci, szanuje, ale ona mają mnie też szanować, mój czas i moje zdanie. Spędzam z nimi bardzo dużo czasu,gram, biegam, skaczę, marzę razem z nimi, ale też wymagam i nie zgadzam się ze wszystkim, jestem szczera wobec nich, ale nigdy nie kompromituje przy innych ludziach, nie upokarzam i nie ośmiesza, tłumaczę im o godności człowieka, o szanowaniu wolności, ale podkreślam, iż ich zachowanie ma nie krzywdzić innych. Nie muszą każdego lubić i bawić się z kimś kogo nie lubią, bo tak wypada, ale mają być dla tej osoby mili, po porostu mili. Nie mówię do Józka, który ma skłonność do łobuzowania, że ma być grzeczny, tylko miły. Grzeczny to jaki? Miły -wiadomo o co chodzi. Jeśli wchodzimy do sklepu, to po drodze uzgadniamy co kupujemy, lub co ja mam kupić i nie mam awantur w sklepie, kiedy idziemy na plac zabaw określamy jasno czas wyjścia, by nie było nie domówień. Oczywiście są negocjacje miedzy nami, ale bez krzyku i wyzywania się wzajemnie. Naprawdę nie trzeba szukać idealnej formy wychowania, bo ona już istnieje, wymagajmy od siebie i od dzieci i będzie dobrze.



To mi się kojarzy z piosenką z Akademii Pana Kleksa, na temat tego, co trzeba robić, aby być zdrowym, żadnych "złotych środków"..."Biegać, skakać, latać , pływać...." Wychowanie też jest proste- wymagać, szanować i być miłym.

Prostę,  prawda?


Paulina-mama Zuzi i Józia

czwartek, 21 lipca 2016

PRZEMOC W ZWIĄZKU

            Dzisiejszy temat posta został zainspirowany krzykiem na ulicy pewnej pary, gdzie jedna jak i druga strona rzucała "ku...." itp. w czasie kłótni. Ludzie nie wyglądali "patologicznie" na pierwszy rzut oka, ale ich wymiana zdań mijała się z "kulturalną kłótnią". Od razu moje myśli przekierowały się na powstające pytanie w mojej głowie, czy lepsze są kłótnie takie "uzewnętrzniające się", czy takie w domowym zaciszu. To od razu przekierowało z kolei mnie na myśl o rozmowie z kobietą, która doświadczyła regularnie przemocy domowej w domowym zaciszu. Przemoc była głównie psychiczna z elementami fizycznej. Kobieta bała się odejść z powodu "braku pewności siebie", iż sama sobie poradzi z dwójką dzieci. Partner na ogół idealny, w domu zaś, często podsycany alkoholem, stawał się katem dla swojej rodziny w domowym zaciszu. Kobieta owa jest przepiękną, wykształconą osobą, jak pierwszy raz się na nią patrzy od razu przychodzi na myśl, iż taka piękna i mądra osoba, na pewno ma cudownego męża. Pozory mylą.
W czasie kilku rozmów z  K. nakreśliła mi jak się czuła będąc w takim związku przez kilka lat. Jak żyła nadzieją i strachem na przemiennie, jak czekała, iż może się zmieni, jak miał okres kilku dni "życzliwych" dla swojej rodziny, a potem wielki strach i rozczarowaniem, bo koszmar zaczynał się od początku. Zawsze słuchając takich opowieści mam wrażenie jak by taka osoba, była na wiecznej karuzeli emocjonalnej, ciągle to samo i nie ma końca jasnego, ani początku, a dokoła pełno emocji dotykających wraz z każdym obrotem. Każdy dzień nie wiadomo jak się skończy i zacznie, czy ranek znów będzie nerwowo, czy znów będzie w pośpiechu jadła z dziećmi śniadanie i wręcz panicznie uciekała z domu, aby jak najszybciej uniknąć całkowitego rozwścieczenia "męża", bądź ze strachem w oczach, kiedy jego nie ma do 20, wsłuchiwała się w zamek drzwi, czy wchodzi już piany, czy zaraz zacznie się awantura. Asekuracyjnie już przeniosła się razem z dziećmi do ich pokoju, włączyła lampkę i próbując uśpić jak najszybciej dzieci, aby uniknęły patrzenia znów na ojca, poniżającego ich mamę. Odczuwa ulgę jak uda się uśpić dzieci, zanim on przyjdzie, rozkoszuje się chwilą ciszy i spokoju, obcałowuje swoje dzieci i je tuli, przepraszając im po cichu, iż pozwala im  na "takie życie". Kładzie się obok dzieci i zasypia w spokoju, na wszelkim wypadek zamyka drzwi od pokoju i gasi światło, może jak będzie ciemno, to "kat" nie wejdzie i da im spokój. Zasnęła, ale budzi się co chwile, już ma omamy słuchowe, że "mąż" wchodzi, rytm serca ma cały czas przyśpieszony. Patrzy się na dzieci jak spokojnie śpią, bierze ręki córeczki i mocno ją całuje, głaszcze synka po głowie,  szepcze "kocham cię", postanawia, iż musi coś z tym zrobić, znaleźć silę, jutro pójdzie gdzieś.....zasypia. Udało się przespać kilka godzin. Dzieci śpią, po cichu otwiera drzwi, ma cichą nadzieje, że może nie przyszedł. Niestety jest, śpi na kanapie. Po cichu idzie do ubikacji, nie chce go obudzić, jeszcze chwila spokoju-to jest takie cenne. W ciszy przygotowuje śniadanie dla dzieci, już dzień wcześniej przygotowała ubrania i potrzebne rzeczy do wyjścia, by jak najszybciej wyjść z domu. Po cichutku budzi dzieci, głaszcze je, tuli i stara się być jak najbardziej szczęśliwa mamą na świecie....i jest , tylko jest też smutna i zagubiona, nie wie czy do dzieci przemawia jej uśmiech, ale ma nadzieję, iż one wierzą w jej szczęście. Dzieci ubrane, szybciutko śniadanie i wyjście, ranek minął spokojnie, ale co będzie wieczorem? W ciągu dnia w pracy, kiedy dzieci w szkole jest jakoś dobrze, ale powrót do domu,  jest zawsze czasem mocno stresującym. Miesza się strach z nadzieją. Wchodzą do domu, prosi dzieci, aby za bardzo nie hałasowały, w głowie ma poukładany rozkład dnia, co robić z dziećmi, aby nie prowokowały "tatusia". Wchodzą, jest w domu, dzieci witają się z tatą w sposób "poprawny", ona nigdy nie nastawia dzieci przeciwko ojcu.Tłumaczy, iż jego wyzwiska do niej i sposób odzywania się, jest nie właściwy i nikt do nikogo nie powinien się tak odzywać.Nie wie czy do dzieci trafiają owe uwagi, ale jest tak zagubiona, że sama nie wiem co myśleć, Dziś "pan i władca", ma dobry humor, znów zapala się lampka "Nadzieja", iż może jest w nim wiele dobrego, może to ona coś robi złego, iż on taki jest. Spędzają miło dzień. Oczywiście kiedy dzieci idą spać, po tak miłym dniu należy zakończyć go seksem. Poranek, ona pełna nadziei, wstaje i widzi już "męża "podirytowanego", bo nie ma mleka do kawy i się zaczyna. Szybko asekuracyjnie przymyka drzwi do dziecięcego pokoju, aby dzieci nie słuchały awantur i wyzwisk pod jej adresem: jaka jest beznadziejna, nieporadna, niezorganizowana, i do niczego się nie nadaje. Kobieta stara się nie odzywać, idzie do łazienki, kąpie się-tam wylewa łzy, maluje się i ma nadzieję, że zaraz  usłyszy trzaśnięcie drzwiami i będzie mogła spokojnie wyjść z łazienki, nie czując się jak intruz w swoim domu. Ociera łzy, stoi przed lustrem i mów " wszystko będzie dobrze", zbiera się w garść i budzi dzieci. Wychodzą, cały dzień pracy myśli co znów będzie...... I tak cały czas.  Kobieta o której piszę, odeszła od męża, ale 9 lat żyła w takim związku.  Co ją hamowało żeby odejść? Żyjąc dłuższy czas  z osobą , która mówi Ci, że jesteś beznadziejna, nic nie umiejąca, brzydka, wyzywa cię, można stracić grunt po nogami i słuchając takich słów o sobie, zaczyna się w nie wierzyć, niby je odrzuca, złościmy się, ale wchodzą one w naszą psychikę i powodują niezwykłe spustoszenie w naszej ocenie nas samych. Mając dzieci czasami mamy tak silną potrzebę, aby ta rodzina była "kompletna", iż żyjemy nadzieją na "lepsze jutro", po czym mamy wyrzuty sumienia, iż nie potrafimy zapewnić dzieciom normalnego życia i możemy zacząć wierzyć, iż naprawdę jest się beznadziejnym.

Czasami słyszę rozmowy kobiet o innej "A czemu ona nie odejdzie??". Jest mnóstwo powodów, przez które ofiary żyją dalej ze swoim katem, zamiast oceniać, starajmy się je zrozumieć i pomóc. Często owe kobiety mają nałożoną maskę "idealnego domu", czasami są mniej cierpliwe wobec swoich dzieci, czasami są smutne..... ale większość z nich nie potrafi samej odejść...są pełne obaw i potrzebują pomocnej dłoni.

https://www.youtube.com/watch?v=_2B_LZp6aa8


Oto linki dla osób potrzebujących pomocy;

http://www.niebieskalinia.info/index.php/przemoc-w-rodzinie/8-rodzaj-przemocy

http://www.telefonzaufania.org.pl/telefony_zaufania_wykaz.html

http://www.polishexpress.co.uk/ruszyl-polski-telefon-zaufania-w-uk/

http://www.dw.com/pl/niemiecki-telefon-zaufania-dla-kobiet-tak%C5%BCe-po-polsku/a-17547570

poniedziałek, 4 lipca 2016

OFERTA PRACY

Spółdzielnia Socjalna AKTYWACJA

www.eaktywacja.pl


 Poszukuje opiekunów i opiekunek osób starszych
 ► 11-13 zł/h netto ◄


 Liczymy na osoby odpowiedzialne i rzetelne, z doświadczeniem w opiece. Opieka ma charakter pozamedyczny, dotyczy pomocy i wsparcia w codziennych czynnościach, aktywizowania podpieczonych do zwiększenia samodzielności. 

Umowa-zlecenie, istnieje możliwość zatrudnienia na umowę o pracę. Praca we Wrocławiu. 

Istnieje też możliwość zdobycia doświadczenia poprzez staż płatny z PUP (warunek: status osoby bezrobotnej).

 Tel. 604-938-841 e-mail: biuro@eaktywacja.pl 

sobota, 9 kwietnia 2016

POMAGAJMY, POMAGAJMY I JESZCZE RAZ POMAGAJMY - TYDZIEŃ Z KASIĄ

Kilka dni temu miałam okazje poznać cudowną  osobę - Kasie, którą los doświadczył- komplikacje po porodzie spowodowały uwięzienie cudownej duszy w ciele odmawiającym posłuszeństwa. Kasia mieszka ze swoją mama Danusią- bardzo dzielną kobietą, która dołożyła starać, aby wykształcić córkę. Kasia jest osobą radosną, która jest wolontariuszem i odwiedza dzieci w szpitalach, rozdając im zabawki. Sama mówi, iż kiedy widzi chore dzieci to ona jest okazem zdrowia. Jakie to są cudowne słowa, trzeźwiące moją psychikę. Czasami my osoby zdrowe i posiadające zdrowe dzieci nie doceniamy faktu, iż mamy szczęście mając to co mamy.

Życie rodzin z dziećmi potrzebującymi więcej opieki jest bardzo dużym wyzwaniem dla rodziców/opiekunów jak i rodzeństwa. Kiedy rodzice oczekują na dziecko zazwyczaj rozmyślają o zdrowym, ślicznym bobasku, z którym razem będą chodzić na spacery, przewijać pieluszki, śpiewać kołysanki itp. Kiedy nadchodzi moment weryfikacji marzeń, pragnień z rzeczywistością jest to bardzo trudna sytuacja dla wszystkich, nagle wszystkie plany, marzeń rodzinne zostają zepchnięte na dalszy plan. Ile to trzeba siły psychicznej, aby poradzić sobie z nową rzeczywistością. Trzeba myśleć jak i gdzie iść na rehabilitację, jak sobie poradzimy finansowo, skoro jedna z osób musi zrezygnować z pracy, kto się zajmie rodzeństwem i innych mnóstwo wątpliwości.
Kiedy wczoraj słuchałam opowieści mamy Kasi- prawie 90-letniej kobiety, która spędzała czas pod klasa szkolną, aby przewieźć córkę z jednej klasy do drugiej, dopilnowała, aby zdała maturę i dzień po dniu się nią zajmowała, nie mając czasu dla siebie, pomyślałam o tych mamach co nie mają owych problemów a i tak stękają. Na przykładzie takich mam jak Pani Danusia można widzieć jak nasza psychika i nasza fizyczność- jeszcze kilka lat temu sama potrafiła unieść Kasie-jest oceanem możliwości, tylko sami się ograniczamy i spędzamy czas na użalaniu się i skupiamy się na pierdołach. W takich rodzinach, jeśli małżeństwo wytrzyma napięcie i zaakceptuję niepełnosprawność dziecka nie ma czasu na kłótnie o skarpetki czy nieumyte naczynia, zazwyczaj jedna osoba skupiona jest na wożeniu dziecka na wszelkie zajęcia, układania opieki nad pozostałymi dziećmi, zaś druga osoba musi zapewnić pieniądze na wszystko.  Ile wokół nas jest takich osób, które żyją z takim problemami do końca życia..Achh... ile ja mam szczęścia, że mam zdrową rodzinę.. Spotkania z Kasią i jej mamą pokazują jak życie nie jest sprawiedliwe, bo nie jest i nigdy nie będzie, dlatego według mnie należy dzielić się szczęściem- i nie tylko chodzi o pieniądze, ale o inne formy-ile osób młodych, które mają wolnym czas mógłby zamiast siedzieć na FC podejść do starszej sąsiadki/sąsiada i pomóc jej w zakupach, bądź w innej formie coś naprawić, naprawdę każdy z nas jak by chciał poświecić choćby 2 h tygodniowo na jakąś formę pomocy było by cudownie. Zwłaszcza ludzie młodzi, dzieci -ile się mówi do dzieci, aby były empatyczne, wrażliwe na cudzą krzywdę, ale mało jest form takich konkretnych. Moja Zuźka miała okazję poznać Kasię i kiedy wyszłyśmy do domu, sama powiedziała, "Kasia po mimo tego, iż jest chora jest pełna radości". To jest dla mnie bardzo ważne, aby bąble były oswojone z tym, iż są wokół nas osoby bardziej potrzebujące pomocy i to nie tylko te w Azji czy Afryce, ale też obok nas, nawet w naszej bramie czy osiedlu są osoby, którym dobrze by było zaoferować pomoc, czasami będą negowały ją na początku, ze wstydu, braku zaufania czy innych powodów indywidualnych, ale wierzę w to, iż w końcu zgodzą się na oferowaną przez nas nieinteresowaną pomoc. Wczoraj mając w głowie tydzień spotkań z Kasią jechałam z Józkiem na otwarte zajęcia taneczne i zabłądziłam, zapytałam się Pani wychodzącej ze sklepu, gdzie jest owa ulica, a ona "Proszę wsiadać to Panią podwiozę".Jakie było moje zdziwienie. W czasie jazdy zapytałam się czemu mi pomogła, iż to rzadkość zapraszać osobę nieznajomą do auta, a ona do mnie "Bo ja mam miłość w sercu i to każe mi czynić dobrze"....Jak cudownie, że są tacy ludzie wokół nas... Trzeba sobie pomagać, a nie odwracać głowę, nigdy nie wiemy kiedy my będziemy potrzebowali pomocy albo nasze dzieci....i jak wszyscy odwrócą od  nas głowy,...

Zapraszam na stronę Kasi,wejdźcie i zobaczcie jaką jest cudowną osobą www.kasiapajacyk.pl


Kasia zbiera maskotki, samochodziki jak i artykuły plastyczne dla dzieci ze szpitala, może ktoś chce pomóc??


Potrzebuję też fryzjerki,do której Kasia mogła by się udać w centrum Wrocławia?



Paulina-mama Józka i Zuzi



środa, 16 marca 2016

SZKOŁA, SZKOŁA WOŁA - DYLEMATY SZKOLNE, PRZEDSZKOLNE

Dość niedawno trafiła w moje ręce książka o zabawnym tytule „Przyszłość świetlana szkolnego tumana” - Brosche Heidemarie. Autorka opisuje system szkolny w Niemczech, próbując uświadomić czytelnika, docelowo rodzica, iż szkoła to nie wszystko w życiu dziecka, iż niepowodzenia dziecka nie są tragedią rodzinną, nad którą trzeba się skupić. Autorka radzi, aby zadbać o dziecko poprzez naukę  dystansowania się do szkoły, nie panikować z byle powodu, a co najważniejsze, aby słuchać mądrze własnego dziecka.
Jest marzec, znów rodzice dzieci 6 letnich mają dylemat, czy te, co zostały w przedszkolu posłać do szkoły, oraz czy te 6 letnie zostawić ponownie w klasie pierwszej?
Ów dylemat również dotyczy mnie, gdyż Ziutek ma 6 lat, na szczęście Zuza jest pełnym 7-latkiem, więc ciężar problemu numer dwa nie zaprząta mojej głowy. Jednak co chwilę spotkam się z pytaniami od znajomych, czy wśród różnych dyskusji na korytarzu szkolnym, przedszkolnym, co ja sądzę, co oni powinni zrobić. Oczywiście problemu nie można rozwiązać generalizując, każde dziecko jest przecież inne, nie jeden 7-latek nie dorównuje wiedzą czy czasami stanem emocjonalnym 5-latkowi. I działa to na odwrót, ale czy to oznacza, iż szkoła wyrządzi im krzywdę, iż jednego pociągnie w dół, a drugiemu nałoży presję dorośnięcia?
Mogę się narazić teraz części rodziców, ale uważam, iż próbują cedować swoją decyzję na innych, zamiast sami pomyśleć: nie co robią inni, tylko co dla ich dziecka, które oni znają (lub powinni) znać najlepiej, będzie korzystne.
Pomyślmy w kontekście 6-latków jakie korzyści ma, jeśli zostanie w przedszkolu:
-          Sprawdzone Panie Przedszkolanki,
-          Powtórzenie materiału, aby w szkole lepiej sobie rodziło,
-          Rozwój emocjonalny – dorośnięcie - jednak to cecha niezwykle indywidualna i czasami czekamy, aż dziecko będzie miało 7 lat i wtedy to my oczekujemy od niego zmiany zachowania, zaczynamy wymagać, odrabiać lekcje, i może to pozwala dorosnąć szybciej, niż sam upływ czasu. Często słyszę: "Ty już chodzisz do szkoły, masz 7 lat..... I (cokolwiek dalej)”. Proszę się nad tym zastanowić,  część rodziców nagle od września zaczyna tak mówić do dziecka, to co dziecko może zrobić, aby spełnić wolę rodziców? Stara się dorosnąć.
Kiedy do 6 latka zaczniemy stosować owe postawy, sadzę, że stanie się również dojrzalszy jak ten 7-latek. Poza tym często w szkole dzieli dzieci miesiące różnicy, a są innymi rocznikami. Aspekt dojrzewania dzieci jest bardzo rozległy i mogłabym pisać o tym mnóstwo przykładów,
-          Przedszkole zapewnia stałość - stałe godziny, opieka od tej 6:30 do 17:30, co pozwala rodzicom lepiej zorganizować czas.

A jakie może mieć korzyści 6-latek w szkole:
-          Nowe wyzwania, dziecko zaczyna być samodzielne, ma szanse odbicia się od przedszkola, zmiany pozycji w grupie. Czasami dzieci nie czują się rewelacyjnie w przedszkolu, mają "łatkę", zmiana może u niektórych spowodować, że ktoś inaczej na nich spojrzy, zauważy ich atuty. Czasami to rodzice boją się zmian, dzieci to czują i również odczuwają stress,
-          Uczy się obcowania ze starszymi, świetlica jest miejscem, gdzie ma kontakt z dziećmi starszymi, które są pomocne i troszczą się o te maluchy,
-          Rozwijanie zainteresowań w sposób spontaniczny, dzieci rozmawiają ze sobą, uczestniczą w życiu szkolnym,
-          Przy odpowiednim wsparciu, dziecko może czuć się wyjątkowe, że jest już uczniem, z “bycia uczniem” można zrobić "prestiż", wśród młodszych kolegów czy rodzeństwa,
-          Pozwalając dziecku iść do szkoły ze spokojem ducha, dajemy mu tym samym wiarę w jego możliwości co do jego samodzielności i siły. Część rodziców myśli, iż troszczy się o dziecko, ale nie widzi, iż robi za dużo, nie pozwala dziecku bycia samodzielnym i pewnym siebie, krępuję go swoją zaborczością i oferowaną bez przerwy pomocą, zamiast poczekać nie 5 minut, a 20. Potem dziecko jest niesamodzielne, posłanie do szkoły, może uzewnętrznić owy problem rodzica, a rodzic upatruje winę w szkole lub w samym dziecku, nie w sobie, przez co szkoła jest czasami opisywana jako dżungla, gdzie biedne małe istotki nie potrafią sobie poradzić, jednak winni są opiekunowie. Dajmy dzieciom wiarę w nie, że potrafią i mogą więcej, a będzie to dla nas korzystniejsze, stańmy czasami obok nich i dajmy im czas.

Problem kolejny: czy zostawiać dziecko w pierwszej klasie?
-          Czy Twoje dziecko naprawdę sobie nie radzi z materiałem?
-          Czy uważasz, iż przez to, że będzie jeszcze raz przerabiało materiał będzie lepsze?
-          Czy kolejna zmiana wychowawcy i kolegów będzie korzystna?

Nie ma odpowiedzi jednoznacznej...
Proszę usiąść i pomyśleć znając swoje dziecko, czego byście chcieli na jego miejscu, próbując odrzucić obawy dorosłych, tylko spojrzeć z perspektywy swojego dziecka?

Wczoraj usiadłam z moją córką Zuzią (wrażliwą, mającą problem z porównywaniem się do innych i przejmowaniem się, bardzo regulaminową i nadzwyczaj ułożoną w szkole), pytam - czy chciałaby zostać w pierwszej klasie jeszcze raz... A co z panią wychowawczynią, a co z przyjaciółką z ławki? I ona już nie chcę być pierwszakiem, bo jak ktoś chodzi do drugiej klasy to jest starszy i to jest fajne. Tłumaczyłam jej, że mogłaby powtórzyć sobie wszystko od początku, ona na to, że teraz to może zrobić:) i zaczęła z chęcią odrabiać lekcje i myśleć, iż po wakacjach będzie już w II klasie.
Dla nas to może być takie zwyczajne... I lub II klasa, dla części dzieci to jest "COŚ".

Jako psycholog i zwolennik mówienia dzieciom prawdy, która jest niezbędna zalecam przemyślenie decyzji, porozmawianie z dzieckiem o tym.
Wierzę w to, że jeśli dziecko ma poważne deficyty poznawcze i społeczne od dłuższego czasu, zostawiliby je Państwo w przedszkolu, zasięgnęliby Państwo porady w poradni psychologiczno-pedagogicznej, zrobili dużo, aby zostało w przedszkolu z powodu problemów.
Myślę, iż skoro je posłaliście do szkoły to znaczy, iż macie wiarę w nie i ich rozwój.
Uważam, iż zostawienie dziecko ponownie w I klasie podetnie mu skrzydła, będzie się zastanawiało czemu owa koleżanka jest już w II klasie, a ja znów jestem pierwszakiem... i co znów będzie pasowane na pierwszaka?? :)

Jeśli jest kiepski wychowawca, to macie prawo zmienić wychowawcę, o to się najmniej boję, dzieci są zdolne do zmian, jak się zmieni wychowawca trudno, dostosują się. Jeśli wychowawca jest naprawdę kiepski to można napisać pismo do dyrekcji, lub spotkać się z wychowawcą na kawę w gronie rodziców i przedyskutowywać problemy.
Jeśli wychowawczyni jest świeża, może trzeba dać jej czas, każdy musi się nauczyć jak postępować i nabrać dobrego dystansu do pracy, ważne, aby nie krzywdziła dzieci i robiła z nimi materiał.
Jeśli mamy niedosyt wiedzy, sami możemy uczyć dziecko w domu :)

wtorek, 1 marca 2016

I ZNÓW W AZJI...WAKACJE ...WAKACJE SINGAPUR-TAJLANDIA-MALEZJA

Achh... słońce ...woda to jest właśnie to kiedy w Polsce nie zbyt pogoda nas rozpieszcza... czas wakacji w okresie zimy w Polsce. Tym razem spędzaliśmy wakacje wraz ze znajomymi, którzy również mają synka w wieku naszego Ziuta. Od 5 dni jesteśmy w Polsce i już mi tęskno do Azji :(.
Naszą podróż zaczęliśmy 27 stycznia, celowo nie pisałam nic, gdyż chciałam zrobić sobie detoksykacje internetową i się udało. Aktualnie jest 18 wieczorem, lecz jet- leg dalej działa więc postanowiłam, iż wezmę się za posta, cisza w domu, wszyscy już padają, nawet chomik :). Kawusia  i już miło wieczór się rozpoczyna.
Nasze wakacje rozpoczęliśmy od 3 dni w Singapurze, nocowaliśmy w ulubionej dzielnicy Geylang. W celu zrelaksowania się po długiej podróży Wrocław- Warszawa (autem), potem lot Warszawa-Londyn-Singapur następnego dnia spędziliśmy w Zoo Singapurskim. Kiedy byliśmy po raz drugi w Azji z Zuzą trafiliśmy do owego ZOO i na zawsze zapamiętałam nie o tyle zwierzęta, które są trzymane prawie, że w naturalnych środowiskach, brak krat itp., ale wielki wodny plac zabaw dla dzieci, który miał formę rekompensaty dla naszych bąbli za męczące poprzednie 24 h, zaś dla nas był chwilą, aby usiąść na ławce i podziwiać jaką radość im sprawiliśmy. W ZOO spędziliśmy cały dzień i następnie trafiliśmy do naszego hoteliku.
Kolejnego dnia mieliśmy samolot o 12 do Tajlandii, z powodu sentymentu i sprawdzonego miejsca mając na celu naszych znajomych wybraliśmy miejscowość bardzo znaną wśród turystów Ao Nang. Pierwszy raz byliśmy tam 6 lat temu, potem po 3 latach i miejsce zostało tak skomercjalizowane, że hoho...trochę to przykre, ale wiem, iż takie zmiana to też lepsze życie dla Tajów, a ja nie mam co narzekać, bo sama się dokładam  do tej komercji jeżdżąc tutaj.Byliśmy przez 6 dni w Tajlandii, mieszkaliśmy 3,5 km od centrum, cisza i spokój, mały basen, dzieci miały atrakcje jeżdżenia tuk-tukami, starsi chłopcy jeździli na "pace", dziewczyny miały masaże i pyszne drinki...wszyscy zadowoleni, 7 dnia spakowani przelecieliśmy do centrum Kuala Lumpur, byliśmy ulokowani w hotelu, w centrum handlowym (chińskim), gdzie na ostatnich piętrach mieściło się wesołe miasteczko, kino, pokój z laserami itp.https://www.berjayatimessquarethemeparkkl.com/
Zawsze jestem pod wrażeniem, jak Azjaci potrafią wszystko zrobić, to co w Polsce jest "wow", tutaj jest normalne. Będąc w tym hotelu, jesteś w centrum Kuala Lumpur, masz co zrobić z dzieciaczkami jak jest gorąco, jak i jest mnóstwo sklepów- sprzedających ich produkty, nie te markowe co u nas, jest różnorodność wszystkiego. Ja znalazłam buty-plastiki, na lato, idealne i tanie , koszt sandałów -25 zł, takie można kupić w Polsce za 100 zł. Nie mówiąc już, iż dla dzieci jest szeroki wybór ubrań i innych akcesoria.

 Chodząc sobie po tym centrum, podziwiając przygotowane ozdoby na Nowy Rok Chiński pomyślałam, iż Malezja jest krajem, w którym chciała bym zamieszkać, jest podobna do Polski pod wieloma względami, ale urozmaicona.

Oczywiście obowiązkowo poszliśmy na największą atrakcje Kuala Lumpur na Twince Tower, akurat, iż był to Nowy Rok, wszędzie było kolorowo i było pełno ludzi. Załapaliśmy się na pokaz fontanna multimedialnej.am się później znalazłem plac zabaw, ogromny azjatycki plac zabaw, na ktory już kilka razy próbowałam się dostać, w końcu się udało.

Byłam po raz kolejny w Azji i dalej mnie ona zachwyca, dalej urzeka mnie kultura i różnorodność i uśmiech ludzi, kolorowe ubrani,jedzenie po prostu wszystko, tu się czuje jakaś wolna, mniej narażona na nieprzychylne spojrzenia, można porozmawiać z ludźmi innych kultur, pośmiać się z nimi, kurczaki chyba gdzieś tutaj jest moje miejsce na Ziemi, tak mi się przynajmniej wydaje na dzień dzisiejszy. Proszę tego nie odbierać, iż nie doceniam życia w Polsce, ale jednak ta dawka witaminę D naturalnej, roślinność cały rok plus uroki zdrowego jedzenia bez problemów czynią Azję atrakcyjniejszą w owych wymiarach.


W następnym wpisie opiszę przygodę w Tajlandii z lekarzem, warto poczytać jako przestrogę dla podróżujących do Tajlandii.

I jeszcze zagadka, czy wiecie skąd pochodzi owe zdjęcie?? Dla pierwszej osoby,która odpowie prawidłowo, spotkanie na kawie z moją osobą :)



Paulina-mama Zuzi i Józka


wtorek, 26 stycznia 2016

W ŚWIECIE MAŁEGO KSIĘCIA

Pogoda za oknem jaka jest w Polsce, każdy widzi, ja z bąblami w domu cały dzień, kaszel i kichanie... herbata malinowa, lipa, miód, imbor i cytryna nie postawiła mnie na nogi więc i ja już teraz się rozkładam. Jednak zawsze to siedzenie w domu niesie za sobą korzyści-dziś oglądaliśmy najnowszą wersję filmu  "Mały książę", byliśmy oczywiście w kinie jakiś czas temu, ale dziś postanowiłam odświeżyć sobie ową ekranizację jednej z najcudowniejszych książek mojego dzieciństwa. Kto nie oglądał to niech jak najszybciej nadrobi zaległości.
Chęć na oglądniecie owego filmu było zainspirowane wydarzeniami z sobotniego wyjścia na sanki z bąblami i ich przyjaciółmi. Kiedy bąble szalały na sankach jak i na własnych pupach zjeżdżając, ja jak zwykle obserwowałam sobie zachowanie ludzi z dziećmi, takie mam zboczenie uwielbiam obserwować innych wszędzie gdzie się da. Jedna sytuacja bardzo mnie zasmuciła, stał ojciec z synem,  chłopczyk 10-letni, stał sztywno odwrócony prostopadle do ciała ojca, trzymał kurczowo sanki i jedną rękawiczkę, zaś ojciec krzycząc mówił "Ty ciągle coś gubisz, nie ma tygodnia, żebyś nie zgubił, gdzie masz tą rękawiczkę, ty ciągle coś gubisz, mam tego dość..", dziecko stało nic nie mówiło, miało strach w oczach i w końcu ojciec do niego "Nie będziesz mnie widział, zobaczysz, przez 2 tygodnie, do Ciebie nie przyjdę, taki jesteś, mam Cię dość", dziecko dalej stało, nic nie mówiło, ojciec dalej o mówił jaki ten syn jest niedobry, na koniec zadzwonił do babci dziecka i do niej przez telefon" Wiesz jaki on jest, znów coś zgubił, mam go dość" . Chwilę zastawiałam się, aby podejść do niego i mu zwrócić uwagę, ale już w głowie widziałam jak znęca się nad tym chłopcem psychicznie w domu.... jakie to jest okropne..przemoc psychiczna wobec dzieci, tak ciężko jest na nią zareagować, gdyż rodzic, który  stosuje może to robić po cichu, bezkarnie, dziecko zaszargane emocjami, jest jak na karuzeli emocjonalnej, obwiniane za problemy starszych staję się smutnym dzieckiem, z którego wyrośnie smutny dorosły.. całe to zdarzenie bardzo mocno mnie za, smuciło i przypomniało myśl Woodego Alen'a z filmu " Co nas kręci, co nas podnieca", że na wszystko mamy licencję, na prawo jazdy, na bycie pośrednikiem, ale na bycie rodzicem!!!! Nie ma, ja wiem, iż to jest nie realne, ale kto wie o co mi chodzi, ten rozumie mój tok myślenia. Potem dalej stałam na tej górce obserwując brygadę naszych maluchów radosnych, bawiących się jak i innych dzieci, które nie zatraciły radości z życia, które nie martwią się czy będą brudne, czy zgubią rękawiczkę, które wiedzą, że są bezwarunkowo kochane, i że jak zgubią tą  rękawiczkę, to rodzic, nie będzie na nie krzyczał tylko podmucha w zmarzniętą rączkę i da swoją rękawiczkę. Zastawiam się ile dzieci żyję w takim "kotle emocjonalnym", jakie są dzielne i nieszczęśliwe, jak radzą sobie z problemami dnia codziennego, kiedy wiedzą, iż  wracając do "domu", znów usłyszą jakie to są niedobre, niedoskonałe...Dziecko to człowiek, nie istota nierozumna, bez pamięci, jak ty byś się czuł drogi panie/pani, jak by grupa ludzi wokół Ciebie, wrzeszczała "Ty tumanie, znów nie zarobiłeś tyle ile powinieneś, ty durna babo znów coś zgubiłaś", jak my "dorośli idealni" czujemy się jak ktoś na nas nakrzyczy, szef zwróci słuszną nam uwagę!!! No jak? Ja wiem, iż te osoby, które stosują przemoc, mogą, aczkolwiek nie muszą być również ofiarami takiego samego zachowania w swoim dzieciństwie, ale to ich, według mnie nie usprawiedliwia, ponieważ inne osoby, które zaznały takich samych przeżyć w dzieciństwie potrafią żyć bez przemocy wobec swoich bliskich.
Myśli owe krążą mi intensywnie po głowie od tej soboty, więc wczoraj pomyślałam o tym, jak ja byłam dzieckiem, jaka byłam, co robiłam, co mnie cieszyło i co utraciłam już z bycia dzieckiem i co mogę zrobić, aby nie być "dorosłym całkowitym", więc puściłam "Małego Księcia", aby się wzruszyć jak dziecko .... i przypomniałam sobie o tym, co już zapomniałam :D.
Polecam również filmik z kampanii społecznej jak widzą nas dzieci, jak jesteśmy pijani, ale myślę, iż powinni bardziej zaznaczyć, iż kampania dla osób nadużywających alkoholu, ale nie dla tych co raz czy dwa razy w roku napiją się więcej, tak czy siak polecam.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/10,114927,12484775,mocna-kampania-tak-cie-widza-dzieci-gdy-jestes-pijany.html

Paulina-mama Zuzi i Józka


czwartek, 14 stycznia 2016

JEDYNAK SKAZANY NA SAMOTNOŚĆ I BYCIE EGOISTĄ?

Czy bycie jedynakiem pretenduje nasze dziecko do bycia samotnym w życiu dorosłym, po naszej śmierci zwłaszcza ,jak i bycie egoistyczną jednostką społeczną? Często słyszę w trakcie rozmów z rodzicami posiadających jednego bąbla o takich właśnie obawach....Czy wy również macie podobne myśli na słowo "jedynak"?  A myśleliście, gdzie szukać źródła takich myśli o jedynakach, czy spotykane dzieci owe są bardziej "nieznośne", niż te co mają rodzeństwo? Prekursorem owych "rozpuszczonych jedynaków" był zwolennik selekcji rasowej jak i sterylizacji-  Granville Stanley Hall. Według badań przeprowadzonych 120 lat temu przez owego badacza, jedynacy są to ludzie o roszczeniowi, samotni i niedostosowani społecznie. Jednak trzeba zaznaczyć, iż badanie zostało przeprowadzone na "jedynakach" z rodzin zamożnych- ówczesnej arystokracji, rozwarstwienie społeczne jakie wtedy istniały znacznie różni się od różnic występujących w dalszych latach.

Na pewno nie powinniśmy opierać swojego myślenia na owych badaniach, niestety w psychologii zdarza się, iż niektóre badania o wątpliwie rzetelnej metodologii są źródłem stereotypowego myślenia.

Taka ciekawostka dotyczą badań...czy lubicie szpinak? Pamiętacie jak w przedszkolach namawiano nas, jedz szpinak- zawiera mnóstwo żelaza...i do tej pory trwa żelazowy szpinak, jednak warto zaznaczyć fakt, iż w 1890 roki przez błąd asystentki, która spisywała wyniki nad właściwościami szpinaku, zamiast 3 miligramów zostało wpisane przez nią 30 miligramów żelaza na 100 gramów szpinaku, również wtedy nie było możliwe sprawdzenie wchłanialności żelaza, a z  tych 3 miligramów wchłania się aż..............1 %!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! 


Jeśli odrzucimy to co nam podpowiadają mądrości ludowe to zauważmy, iż to nie bycie jedynakiem, ale sposób wychowania ma diametralny wpław, jak i indywidualne cechy na bycia takim i owym.
Ja znam mnóstwo jedynaków i są cudownymi ludźmi, jak i znam również tych co posiadają rodzeństwo i są skrajnymi egoistami. Często będąc w piaskownicy, jak bąble były małe, obserwowałam, iż to rodzice/babcie/opiekunki sterują zachowanie dzieci w piaskownicy, jak same chowają zabawki pod swoje nogi przed innymi, albo jak usilnie stoją nad innymi dziećmi, aby te ustąpiły ich dziecku huśtawki, albo na przykład sytuacje, kiedy mój Józek bawił się swoją ukochanym autkiem inne dziecko chciało je mieć i była wielkie oburzenie, aby iż mój Józek się nie dzieli natychmiast z innymi, dzielenie się - nie oznacza zabierania jednemu, aby dziecku drugiemu było miło, dzielenie się to zgoda dwustronna, na przykład zabawa na zmianę jedną zabawką, albo wymiana zabawek, To tak jak nam by ktoś kazał w momencie oglądania filmu dać swój komputer, chociaż czekałyśmy cały ranek, żeby się tym "pobawić" zapewne to nie było by się dzielenie z innym, tylko odebranie nam przyjemności.
Takie agresywne postawy opiekunów dzieci wpływają na ich kształtowaniem, a nie, że są jedynakami. Dla mnie naturalne jest, iż jedynak ma potrzebę koncentracji na sobie, tak jest zawsze w domu więc jest to dla niego normalne, ale owe zachowanie występują również u dzieci wychowanych w rodzinach  2 plus 2 i więcej. Wczoraj pisałam o moich problemach z Zuzą-przecież jej zachowanie wynika również z egoizmu, chcenia posiadania rodziców tylko i tylko dla siebie i walczy o to. Każdy z nas jest egoistą, nie bądźmy Święci, tylko jesteśmy ucywilizowani i wiemy, iż nie wypada, a dzieci są egoistami nieucywilizowanymi i to od naszego wychowania i  ich indywidualnych cech zależy jak ukształtują owy egoizm. A czy widzieliście, aby dzieci te posiadające rodzeństwo były niezwykle zadowolone, iż muszą się dzielić ze swoim bratem czy młodszą siostrą wszystkim? Nie!!!

Reasumując według mnie Jedynacy nie są większymi egoistami niż dzieci mające rodzeństwo.

Samotność....można być przecież samotnym wśród ludzi....albo "Z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach".... znacie ludzi, którzy po mimo rodzin czują samotni?
Ja znam takich, rodzeństwo nie oznacza przyjaźni na wieki, istnieje mnóstwo rodzeństw, które dzielą różne sprawy, które nie czują wspólnoty, bądź takie układy, gdzie brat/siostra są ciężarem, nie rozumieją się w większości spraw. Istnieją również ci co nie wyobrażają sobie życia bez swoich braci i sióstr, ale w życiu dorosłym poznajemy mnóstwo ludzi, naszych przyszłych partnerów, przyjaciół i to z  nimi spędzamy najwięcej czasu, zwłaszcza w świcie globalizacji. ile osób co roku spędza czas z przyjaciółmi, a nie z rodzeństwem. Według mnie przyjaciele ,ale ci prawdziwi, a nie atrapy przyjaciół są z nami z naszego wyboru, w nim czujemy oparcie, to samo w małżeństwie, mąż/żona są (powinni być :D) przyjaciółmi, to mąż i żona powinni tworzyć jedność przyjaźni w rodzinie, żona i mąż to jedno, to samo przyjaciele tworzą nie zwykle trwałe związki. Nie posiadanie rodzeństwa nie jest według mnie przesłanką do bycia samotnym, nasze wychowanie, jak i cechy charakteru, o których nie można zapominać, wpływają na to czy jesteśmy samotni, niektórzy przecież cenią samotność, nie którzy uwielbiają spędzać czas wśród ludzi. Ogół warunków ma wpływ na to jak żyjemy, jak wychowujemy dzieci, a nie czy jesteśmy sami jedynakami, czy posiadamy dziecko jedno czy więcej.
Porzućmy myślenie stereotypowe, wolność umysłu, patrzenia holistycznie na świat sprzyja szczęściu naszej rodziny.

A wiecie ja czasami jak się patrzę na rodziny posiadające jedno dziecko, nie iż zazdroszczę, ale jakoś widzę korzyści z posiadania jednego bąbla, jak ja to mówię "Jednego dziecko jest kompaktowe", zawsze jesteś w stanie się nim zająć satysfakcjonującą jego potrzeby bycia w centrum, jesteś w stanie w 100% skupić sie na jego zdolnościach, zainteresowaniach. Życie w rodzinie z większą ilością dzieci trochę obniża poziom satysfakcji rodzica dotyczącego spełnienia swoich powinności wobec każdego z dziecka osobno, jest to oczywiście do realizacji, ale trzeba się po gimnastykować. Ja wczoraj miałam sytuacje, Zuzinka kończyła lekcje o 15: 10, ściana wspinaczkowa na 16 30, zaś Józwik miał zajęcia na 17 z Krav Magai wtedy swoją pomoc zaoferował Tato dziewczynki- :) Zuzi przyjaciółki-jedynaczki, iż on je dwie weźmie, a ja spokojnie zajmę się Józwikiem, muszę go dziś zapytać czy jest jedynakiem skoro potrafi pomyśleć o innych??


Paulina-mama Zuzi i Józka

:







środa, 13 stycznia 2016

RODZEŃSTWO....UROKI I TE GORSZE STRONY

Witam ponownie, moja przerwa w pisaniu była spowodowana moją pracą, teraz mam lżejszy okres więc wracam do pisania. W głowie mnóstwo myśli, aż huczy :). Dzisiejszy pomysł na temat dotyczący posiadania jedynego dziecka bądź większej ilości bąbli wykiełkował w trakcie rozmów z rodzicami jednego dziecka, jak i  z rozmów z rodzicami posiadających jedno z dzieci niepełnosprawnych oraz z obserwacji własnych dzieci, które coraz bardziej stają się swoiste i ich charaktery zaczynają mieć coraz bardziej wyraziste oblicze.
Rozmyślania nad różnymi typami rodzin rozpocznę od swojej.
Obserwując własne dzieci i uczestnicząc w ich tarciach charakterów jestem niezwykle zafascynowana ich rozwojem osobistym, ale i czasem mam ich po prostu dość- młode silne charaktery, które dziś dają mi i mężowi w kość, ale za kilka lat widzę w mojej Zuzce przewodniczkę innych, zaś w Józku człowieka postępu. To jest takie cudowne widzieć młode umysły, które już teraz walczą o swoje i wierzą w "swoje" . Wierzą w swoje pomysły, mają marzenia, a jednocześnie są w stanie pomóc mi we wszystkim. Ostatnio cała nasza rodzina ogląda zaciekle "Niekończąca się opowieść",, ach te ziarenko fantazji- ile one nam daje radości!!!!

Oczywiście oprócz tej strony fantazji w naszym domu co raz częściej zdarzają się kłótnie między Zuzą i Józkiem, w które czasami ja się oczywiście angażuję, jak już nie mogę słuchać naszej Zuzki, która z przewagą słowną Józka miażdży, na co on czasami nie wiem jak już zareagować i pragnie uciszyć siostrę jak rycerz, biorąc swój ulubiony miecz i chcąc wymierzyć sprawiedliwość.
Od małego starałam się uczyć dzieci wyrażania uczuć, mówienia o problemach i super to się sprawdzało, ale coś ostatnio widzę duże problem u Zuzki zazdrości-potrzeby bycia tylko ze mną i wściekłość na Józka za to, że jest. Staramy się z mężem dzielić swój czas, żebym z Zuzką jak najwięcej spędzała czasu, rozmawiała jak najwięcej, ale jej stosunek do Józwika jest czasami przerażający:), ale damy radę, oto kilka zasad, które nam pomagają:

1.Co dzień siłowania dla mnie- muszę być odstresowana, aby przyjąć na "klatę" zazdrość Zuzki

2. Budzenie jej z uśmiechem na twarzy, wspólna droga do szkoły ze śpiewaniem wspólnych piosenek, rozmowy o szkole

3.Co dzień rozmowy o jej problemach, nie oceniając jej, zachęcając do wyrażania uczuć

4.Snucie planów na przyszłość, jak ona wyobraża sobie siebie, co sprawia jej przyjemność, czego nie lubi

5. Podkreślanie jej wspaniałych dobrych stron

6.Pomoc w każdym problemie

7.Realizacja jej potrzeb, pragnień - na topie zakupiona maszyna do szycia, na razie mamy problem z obsługą :) i chodzenie na ścianę wspinaczkową wraz z jej koleżankami z przedszkola, za którym tęskni, te spotkania z "starymi" przyjaciółkami są dla niej niezwykłym relaksem oraz wspólna nauka gry na pianinie.

8.Tłumaczenie i okazywanie swoich uczuć wobec niej jak i wobec Józka, rozmowy o miłości, czytanie różnych książek ukazujących, iż nie tylko my mamy takie problemy w życiu. Polecam książkę "Moje szczęśliwe życie" , polecam!!!


9. Świecić przykładem, nie musi być taka jak Ja, ale niech wie, iż ja  kocham nad życie, ale i też mam złe momenty i otwarcie jej mówię, dlaczego jestem zła, dlaczego się unoszę, podkreślając, iż ja i nikt  jest idealny i każdy ma prawo do szczęścia jak i smutku, złości.

Jak czasami już mam dość zachowania Zuzki i mam ochotę coś jej powiedzieć, po prostu jej dogryźć, przypominam sobie jakie było jej życzenie na święta pod choinkę , "Aby na świecie nie było wojen, aby wszystkie dzieci były zdrowe i miały jedzenie i rodziców", to wiem, iż to jest tylko gorsza chwila w jej dniu, a w środku jest wielkie serce, które będzie pomagało w życiu innym, tylko trzeba pomóc, aby to serce nie zniknęło, okazać jej zrozumienie. Nie oceniać, ale rozumieć.

To tyle jeśli chodzi o Zuzie, zaś Ziutek jest mniej skomplikowany jak narazie :), ale z nim też co dzień rozmawiam, też spędzam z nim czas,kiedy Zuza odrabia lekcje, czytamy Książki o Dinozaurach lub oglądamy katalogi Lego, bądź budujemy klocki Lego, walczymy mieczami.

Oczywiście staram się również spędzać wspólnie czas do tego służą głównie zabawy w gry planszowe, bądź totalne wygłupy- skakanie , uciekanie, zabawy w chowanego jak i czytanie książek, wspólne chodzenia do kina- ostatnio zrobiliśmy maraton, najpierw na film "Bella i Sebastian 2", potem na "Gwiezdne wojny", każdy z nich zadowolone.

Oprócz tych wszystkich środków, aby każde z nas było szczęśliwe chcę podkreślić fakt, iż kłótnie miedzy rodzeństwem nie są wyłącznie negatywne, lepiej, aby dziecko się złościło i wyrażało swoje emocje, niż było zobojętniałe. Dzieci, które potrafią się kłócić czują się w domu bezpiecznie, wyrażają siebie. Kiedy my się kłócimy jest to normalne? A dzieci nie nie mogą? One też przecież też są ludźmi! Tak jak Korczak powiedział -"Nie ma dzieci, są ludzie"!

Na dziś kończę, lecę naładować energie na dalszy dzień :D,  następnym post o Jedynakach- czy faktycznie są większymi egoistami? i czy są skazani na samotność w życiu dorosłych?









.