środa, 5 sierpnia 2015

WYPAD DO BUENOS AIRES :)

Taki mały żart w tytule postu. No niestety nie byliśmy  w Buenos Aires...ale w Kudowie Zdrój w pensjonacie o nazwie Buenos Aires...w sumie orginalna nazwa, a nie Kudowa Spa, czy Uzdrowisko Kudowa...pensjonat bardzo przyjemny, w drugiej linii "od centrum", graniczący z mała uliczką od strony frontu i z lasem od tyłu. Przemiła obsługa, w większości ludzie straci w obsłudze- bardzo ciepła atmosfera. Za pokój 3 osoby ze śniadaniem (normalne- chleb, wędlina, jajecznica, kiełbasa itp.)- 170 zł. Cena taka sobie, ale po przejrzeniu paru ofert to oferta ekonomiczna, niektóre hotele liczą sobie za naszą 3 -prawie 400 zł za dobę...Aj polska turystyka  w porównaniu do Azji- drożyzna ze hoho... Czemu Kudowa...Chciałam w trakcie przerwy w przedszkolu  i mojego wymuszonego urlopu na ten czas jechać nad polskie morze, gdyż nasze dzieci były prawie wszędzie, ale nigdy nad polskim morzem, więc chciałam im pokazać Bałtyk, jednak tłumy ludzi i ceny zniechęciły mnie. Wybrałam model tańszy i bliższy...a powietrze też czystsze.


Przyjechaliśmy w zeszła niedziele i wróciliśmy w czwartek. Podróż autobusem PKS za naszą 3 - 46 zł. Józek jechał na całkowitej zniżce, Zuza ulgowy, a ja normalny - całość 46 zł. Podróż niecałe 2,5 h. Mało ludzi w busie, bąble przespały cała drogę.

Pierwszy dzień szybkie obczajenie, gdzie można zjeść, posiedzieć na spokojnie itp. Pierwsze, co zaliczyliśmy to plac zabaw. Park zdrojowy jest czysty, ku mojej uciesze-brak psich kup!!!!!!!!!, w końcu w Polsce duży czysty park-cudownie. Plac zabaw zadbany, zamknięty (przy moim Józku, który ciągle znika komfort poczytania książki na ławce). Z placu zabaw przeszliśmy się wzdłuż drogi głównej, no nic ciekawego, ale musiałam znaleźć "Biedronkę"- jest przy hotelu "Willa Zuzanna czy Zuzia". Kiedy dzieciaki umierały z głodu, a ja chciałam usiąść i się napić "czegoś", wymusiły na mnie pizzę....nie napiszę nazwy pizzerii, ale takie ohydztwo to ja dawno nie jadałam, pizza standartowa-szyna, pieczary, ser.....spód ciasta przypalony, pieczarki to niepokrojone w plasterki tylko w kwadraty, wypadały z pizzy w trakcie podnoszenia, gdyż niepokrojone....ale już nie chciałam robić awantury, zamówiłam sobie piwko z sokiem malinowym i jakoś przełknęliśmy to "coś", oczywiście więcej nie poszliśmy. O 21 byliśmy na terenie ośrodka- zakupiłam im w biedronce, takie pierdółki, naciągnięte przez gumę lecą w górę i świecą- takie coś lata w rynku we Wrocławiu (oczywiście cena kilkakrotnie wyższa), poopuszczaliśmy pierdółki, ryjki się cieszyły, przez pół godziny, a ja napawałam się ciszą i zielenią.

Kolejnego dnia o 8 30 śniadanie, trochę porysowali w pokoju i wyruszyliśmy do Parku Zdrojowego, nie wchodziłam do pijalni0 tłum ludzi, od razu poszliśmy na plac zabaw, zaś potem dotarliśmy do Parku Linowego- 10 zł od dziecka za przejście odcinka dość krótkiego, bąble przeszły dwa razy każdy, oczywiście chciały więcej, ale ja nie zamierzałam więcej płacić, więc Zuza zaproponowała, że da 60 zł ze swojego kieszonkowego i wrócimy następnego dnia.

Ta propozycja bardzo mi się spodobała wolę, aby wydawała na takie formy zabawy, niż na bzdurne zabawki albo słodycze…Potem połaziliśmy po lesie- cały dzień na dworze, trochę popadała deszcz-wtedy siedzieliśmy na pod drzewem, obserwowaliśmy żywicę na drzewie, czytaliśmy książki. Bąble są dość sprawne, więc każdy drzewo, krzak, pień traktują jak plac do ćwiczeń. Nie nudziliśmy się. Wieczorem zjedliśmy w barze mlecznym „Ania” pyszny obiad- zupa pomidorowa- 4 zł, kotlet drobiowy, ziemniaki plus zestaw surówki- 17 zł plus kompot-ceny nie pamiętam. I znów wylądowaliśmy na placu zabaw, gdzie byliśmy do 21 30- zostaliśmy sami, więc razem z nimi pobiegałam po placu zabaw- oni tak uwielbiają bawić się w berka…ale jakoś głupio się czuję, kiedy inni dorośli patrzą, a tyle radochy dla bąbli. Potem znaleźliśmy jeżyka i obserwowaliśmy go przez 30 minut. Wróciliśmy- szybka kąpiel i bajka „Zuzia spotyka nieznajomego”, bąble padły, a ja zaczęłam czytać książkę, którą zakupiłam w sklepie papierniczym za 10, 50 zł – tania, a gruba - chińskie autora o pseudonimie Moyan tytuł książki MOYAN żaby- miło się czyta, polecam

Kolejny dzień- 8: 30 pobudka, śniadanie- dziś parówki(wczoraj jajecznica), i w drogę do Muzeum Zabawek- 5 min spacerkiem. Koszt biletu 2 ulgowe ( 8zł) + 1 normalny 11 zł= 27 zł. Dzieci z początku chaotycznie przeszły, ale przeszliśmy z 20 razy całe Muzeum i wtedy się zainteresowały. Ja miałam dziwne uczucie, niestety kiedyś oglądnięte horrory wpłynęły na moją psychikę, lalki z dawnych lat działają na mnie dziwnie- ich oczy- takie ciemne plus te porcelanowe twarze- aj..

W Muzeum spędziliśmy z 1,5 h, ; potem niestety wata cukrowa- kupują ją dwa razy w roku- nie znoszę ohydztwo- ale przy wyjściu z Muzeum Pani w kasie powiedziała, że na bilety jest zniżka na watę cukrową i już mordką moich kochanym zaświeciły się oczy o „dobru zakazanym”, jaka radość z waty : D:D …Następnie poszliśmy pochodzić po górach i dzień nam minął jak nic. Cały dzień w ciszy, zielenie i czystym powietrzu-Ziutek czuł się fenomenalnie.

Kolejny dzień – wycieczka autobusem do Muzeum Papiernictwa- już nie pamiętam, jaki koszt biletów, wejście do Muzeum płaciłam tylko ja chyba z 10 zł, zaś warsztaty dla dzieci robienia własnych kartek – chyba 15 zł od głowy, ale kurczę nie pamiętam. Muzeum same w sobie- nic ciekawego, ale warsztaty bardzo im się podobały. Bardzo miły pan prowadził z dużą dozą cierpliwości i fajnym niegłupkowatym podejściem do dzieci. Z Muzeum dzieciaki wyszły głodne, więc hop włączone on-line i wyszukiwanie Baru Mlecznego, który okazał się być 5 minut spacerkiem. I tu ceny o połowę mniejsze, niż te w Kudowie Zdrój- zupa 2 zł, zestawy obiadowe 10 zł góra, potem pochodziliśmy po centrum i jak zwykle trafiliśmy na plac zabaw. Dzieciaki pobawiły się z 2 godziny, poznały nowych znajomych- dla mnie jest to bardzo ważne, aby byli kontaktowi i chętni do poznawania innych ludzi w każdym miejscu- otwartość pomaga w życiu. A ja wierzę, iż nie na siłę, ale przez różne miejsca przebywania dzieci uczą się bycia chętnym do poznawania obcych. Potem w drodze do autobusu zakupy w Biedronce – powrót do Buenos Aires. Rzuciliśmy zakupy i hops do Parku w poszukiwaniu jeży.





Ostatni dzień- Zuzka wyciągnęła kasę 60 zł- od razu poćwiczyliśmy liczenie na monetach i poszliśmy do Parku Linowego, potem zaś do kaplicy Czaszek- nic fajnego, ale dzieci ładnie wysłuchały historii opowiadanej przez przewodnika- 3minuty pooglądały czaszki, pogadaliśmy o tym gdzie jest mózg w tej czaszce. Następnie dotarliśmy do Muzeum – Szlak Ginących Zawodów- pokaz kowala i lepienia z gliny- szczerze mówiąc strasznie denne- na szczęście były mini zoo  najlepsza atrakcja dla dzieci. Pośmialiśmy się z sowy, która wyglądała jak ta Sowa Ewa z bajki „Pingwiny z Madagaskaru”. Po wydurnialiśmy się i wyszliśmy z tego czegoś…. Przeszliśmy inną drogą- z 3-4 km- bąble już padały…ale było fajnie taka wędrówka. Widzę, iż są gotowi na chodzenie po górach, więc hak tylko będę mieć kilka dni wolnego i będzie jeszcze ciepło wybierzemy się na wycieczkę.

Bardzo lubię spędzać z bąblami czas- daje mi to taką radość…Te dyskusje z nimi, kłótnie z Zuzą, Ziutka opowieści o złodziejach i potworach….Kocham to…. Już się łapię na tym, iż chciałabym, aby byli jak najdłużej tacy malutcy i kochani… to jest taki magiczny czas bycia z nimi- bycia z małymi istotami, które tak cię kochają i potrzebują twojego przytulenia, akceptacji, zakazu i wskazaniu dobra i zła, twojej kołysanki i przytulenia w ciągu nocy, tej dłoni, którą tulą do policzka jak zasypiają… oczywiście nie myślcie, iż cały czas jest sielanka, bo też krzyknę na nich, też mnie złoszczą, ale to chyba musi zachodzić zjawisko homeostazy psychicznej 

Mamuśki złościcie się, ale bądźcie szczęśliwe!!!!

Paulina- mama Józka i Zuzi

wtorek, 30 czerwca 2015

WROCŁAW NA WAKACJE- CO ROBIĆ, A CZEGO UNIKAĆ? :D

Uff,...jaka ulga bez tej jednej ósemki, jutro szwy będą zdjęte... ekstaza mnie ogarnia na myśl jaki będę mieć tydzień bez bólu głowy jak usunę wszystkie zęby mądrości......Dziś, kiedy wracałam z pracy do domu pomyślałam co zaproponuję dzieciaczkom moim  w czasie przerwy w przedszkolu... zrobiłam burzę myśli i stwierdziłam, iż napiszę mini poradnik dla ludzi zwiedzających Wrocław  w czasie wakacji z dziećmi "CO ZWIEDZIĆ WARTO I CZEGO UNIKAĆ"

Wrocław cieszy się nowym ZOO z Afrykanarium ale nie zwiedzaj go w weekend, bądź święta- tłum ludzi do kas plus tłum do Afrykanarium- 2-3 h stania plus w czasie upałów, kiedy pełno ludzi w Afrykanerami jest duszno i po prostu nie przyjemnie, nie ma jak się zrelaksować..Najlepiej iść w poniedziałek-happy day- bilet rodzinny kosztuje 80 zł, normalnie kosztuje 120 zł. I nie kuście się jechać autem....korek i brak miejsca i drogi parking. Najlepiej wsiąść w centrum miasta w tramwaj numer 4 odjeżdża z przystanku Zamkowa i wysiadacie pod ZOO przystanek Hala Stulecia. Warto też zastanowić się nad kupnem biletu online.



Kolejna atrakcja w pobliżu Rynku to Teatr Lalek... Teatr plus plac zabaw w parku- jedyne miejsce we Wrocławiu publiczne, gdzie można bez strachu (o odchody psie) położyć koc i zrobić sobie piknik z dziećmi. W parku jest plac zabaw- piaskownica i różne przeplotnie plus karuzela z konikami- 2 zł za przejażdżkę. W czasie weekendu i po godzinie 12 jest tłok na placu zabaw...I oczywiście pójść też na spektakl Aktualny repertuar znajduje się na stronie

 http://www.teatrlalek.wroclaw.pl/repertuar
Po spektaklu, zamiast na plac zabaw, można się wybrać na basen na ulicy Teatralnej- basen bez zjeżdżalni- w weekendy często mało osób...makarony, deseczki są na miejscu. Ja często chodzę z bąblami w weekendy, godzina kosztuje 10 zł i czasami jestem tylko ja i jedna osoba na czterech torach. Można spokojnie popływać i podszkolić u dzieci pływanie.




Kiedy jest upał..a nie chcecie iść na basen warto się wybrać z dzieckiem (z ręcznikiem i rzeczami na zmianę) na Plac Staszica. Jest tam fontanna, gdzie dzieci mogą biegać i się schładzać, jest higieniczna, gdyż ciągle jest spływ wody i bezpłatna :D Dojazd w okolicach rynku z przystanku na ulicy Kazimierza Wielkiego do przystanki Plac Staszica -tramwajem 24 Osobowice.



Jeśli pogoda nie dopisuję warto się wybrać do Kina Era Nowe Horyzonty, super klimat i często puszczane są bajki i filmy dla dzieci, nieinfantylne, wartościowe. Do kina nie można wnosić jedzenia więc komfort oglądania jest cudowny, nikt nam nie chrupie koło ucha.

www.heliosnh.pl

Jeśli w kinie nic nie będzie można się wybrać spod rynku tramwajem przystanek Zamkowa - numer tramwaju 23- wysiadamy Wrocławski Park Przemysłowy Ii przejść na ulicę Fabryczna 10-13- na ścianę wspinaczkową, mało ludzi do godziny 15, super obsługa www.egier.pl

Kiedy nie mamy ochoty wydawać kasy, można pójść na Wyspę Słodową, ogromy plac zabaw, często odbywają się imprezy, warto sprawdzić aktualności na www.wroclaw.pl   Można sobie posiedzieć, teren rozległy, plac zabaw dla maluszków jak i dla starszych oraz siłowania dla dorosłych obok placów zabaw. Super spędzony czas- dzieci szaleją, a rodzice sobie ćwiczą.






Kiedy już dotrzemy do Wyspy Słodowej warto zakupić na ulicy obok smaczne pieczywa w piekarni na pl.Bema  jak i skoczyć na lody pl.Bema 3






Atrakcją dla dzieci może być przejazd zabytkowy tramwajem http://tmw.com.pl/zabytkowe-tramwaje/rozkład-jazdy-linii-zabytkowej/

Nie polecam Aqua Parku w wakacje, pełno ludzi, bardzo duszno- i drogo.



Jeśli jesteś wegetarianinem to we Wrocławiu znajdziesz mnóstwo knajp z wegetariańskim itp. jedzenie. Polecam Złe Mięso, Vega.

Jeśli jesteś hipsterem powinieneś wybrać się na ulicę Antoniego, są knajpki typowo hipsterskie, zwłaszcza restauracja "Charlotte"- dobra kawa.

                               
Jeśli jesteś smakoszem piwa przejdź się do pub Academus w pięknej małej kamiennicze na ulicy Kiełbaśniczej- mnóstwo rodzaju piwa plus prawdziwy cydr dla smakoszy.





Jeśli lubisz włoskie klimaty powinieneś przejść się na ulicę Więzienną do Galerii Italiana, pyszne pizze i lody.

Jeśli chodzi o noclegi to są tylko nie będę pisać, bo każdy ma inne preferencje co do wygody  i ceny.

Najtańszy sklep w centrum miasta to Carrefour mieszczący się w Galerii Dominikańskiej.





JAK COŚ POTRZEBA PISZ MAILA CHĘTNIE UDZIELĘ WSKAZÓWEK...POZDRAWIAM

Paulina-mama Józka i Zuzi


piątek, 19 czerwca 2015

PRZEMYŚLENIA W BUSIE.... CD

Niestety moje chęci utworzenia nowego wpisu zostały zniweczone bólem ósemki-aaa-i chorobą Ziutka. Mam trudność z ogarnięciem się dziś i czekam na zabieg usunięcia tego cholerstwa w środę...ufff...jaka ulga mnie czeka.
To jest mój sposób na przetrwanie bólu lub złych momentów w życiu, zawsze sobie próbuje wyobrazić jak to będzie za 2-3 tygodnie- w sytuacjach, które rokują przyjście lepszego. To jest mój pierwszy dzień od jakiegoś dłuższego czasu, gdzie pozwoliłam sobie nic nie robić, tylko leżeć i szczerze mówiąc...okropnie się czuję-bezproduktywność mnie przytłacza...nie wiem jak mogą ludzie spędzać cały dzień nic nie robiąc...okropne uczucie, od razu smutek i zniechęcenie do następnego dnia. Jeśli miała bym świadomość, iż kolejny dzień będzie taki jak dzień dzisiejszy to po co wstać z łóżka!!! Teraz przypominają mi się sceny z filmów, jak kobieta ma zawód miłosny-ubrana niechlujnie z pudełkiem lodów czy czekolady-wydaje mi się, iż jest to wpędzanie się w jeszcze większe problemy natury psychicznej- lansowane niestety przez odrealnione filmy i seriale dla nastolatek. Ostatnio wpadła mi okazją pójścia do szpitala w celu odwiedzenia nastolatki i tak stałam w tym sklepiku szpitalnym, aby kupić wodę do picia i stwierdziłam iż wodę to też się robi nastolatką w głowach oprócz youtube i innych portali dalej na półkach z prasą widnieje gazeta wszech czasów "Bravo"! Pamiętanie tą gazetę...mi mama zabraniała jej kupować, ale dobrze pamiętam rubrykę "Mój pierwszy raz"...i dalej sieczkę sprzedają dzieciom. Wtedy jeszcze alternatywną gazetą była "Filipinka"- ambitne pismo dla nastolatek. Jak ciężko jest wychować dzieci próbując odgradzać jej od tej sieczki w telewizji, prasie itd. Dostęp tego wszystkiego czasami prowokuje we mnie myśl, aby uciec gdzieś, gdzie jest tego mało, ale nie ma gdzie...no chyba, że w kosmos!:D

Dziś jeszcze jedna sprawa, która zmusza mnie do wyjścia z domu- moc atrakcji w przedszkolu u dzieci. Nie narzekam na przedszkole, gdyż to jest obowiązek Pań i dyrektorów, ale tyle ile w tym roku było uroczystości angażujących dzieci i rodziców to już przesada. Nasze dzieci mają  tak wypchany kalendarz,że jak mam coś załatwić lub się z kimś umówić to muszę pomyśleć "Co dzieci mają w tym tygodniu", dziś mamy konsultacje....a czego ja się więcej dowiem o swoim Józku-ale z kultury osobistej podejdę, chociaż Panie wiedzą, iż uważam to za stratę czasu mojego i ich. W tym tygodniu konsultację, Pointa Sezonu Baletowego, urodziny koleżanki, zakończenie przedszkola,drugie urodziny.....o matko oszaleć można! I dziś tak siedzę i przypominam sobie dekalog bojowej tygrysicy, iż dzieci nie uczestniczą w przedstawieniach-starta czasu-i dziś się z nią zgodzę. Rozumiem jedno przedstawienie na pół roku, ale nie co chwilę. Niestety żyjemy w czasach, gdzie kalendarz jest wypchany co chwile gloryfikację jakiejś osoby, zawodu itp. Nie chcę wyjść na ignorantkę, ale ja jakoś nie przywiązuję uwagi do tych dni, oczywiście serce mi rośnie jak moje bąble coś robią i wiem, iż się starają ale nie co chwilę.  Jeśli chodzi o balet to to rozumiem, ale zakończenie jest raz w roku i koniec ,a w przedszkolu non stop. I właśnie idę się zebrać do przedszkola na konsultację, gdzie usłyszę, iż Józek zrobił postępy, ale jest zbyt energiczny :D

Następny wpis planuje po usunięciu ósemki.....już nie mogę się doczekać uczucia ulgi!

Życzę miłego weekendu i spokojnego bez bólu zęba i innych przeszkód, aby się cieszyć dniem!

Paulina-Mama Józka i Zuzi


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

ZWIĄZEK- NAMIĘTNOŚĆ ZACHODU CZY HARMONIA WSCHODU?

Do dzisiejszego artykułu zainspirował mnie film "Zaginiona dziewczyna". Film już nie jest nowością ale kiedy oglądnęłam  go po raz kolejny, kilka dni temu w zupełnie inny sposób odebrałam główną bohaterkę - Amy. W filmie jest ukazany obraz pary, gdzie mężczyzna staje się dla swojej żony nudny, nieatrakcyjny. Ona postanawia uatrakcyjnić ich życie, aranżując swoje porwanie. Oczywiście w filmie występują wydarzenia skrajnie niemoralne i ze spektrum zaburzeń osobowości. Film polecam do oglądnięcia...gra tam Ben Affleck i cudowna aktorka Rosamund Pike.



Jak rozmyślałam o atrakcyjności związku wokół mnie jak i swojego związku przypomniał mi się również artykuł prof. Łukaszewskiego o namiętności w związkach. W artykule poruszana jest kwestia nie seksu, ale życia na co dzień.. jak się sobą nie zanudzić...Zastanawiałyście się może jak to jestem, iż czasami wraz z czasem, kiedy to nasza miłość jest już dojrzalsza i sprawdzona wieź między wami a partnerem nasz partner zaczyna nas irytować...wspólne spędzanie czasu staję się meczące i irytujące...czasami nasza miłość tak spowszedniała i stała się oczywista, że przestaliśmy dbać o nią i wdała się nuda i brak fascynacji sobą nawzajem...tylko dzieci, zakupy, praca, a gdzie wy?? W artykule poruszana jest kwestia komplementowania, iż miłe słowo od ukochanego/ukochanej już nie jest takie atrakcyjne, a nawet jest irytujące i wkurzające jak ci powie " Ale ładnie wyglądasz", a ty sobie pomyślisz, iż kłamie...zaś jeśli powie to kolega z pracy... ooo o już coś miłego :). Następnie opisane są dwa irytujące pytania zadawane w związku "Kochasz mnie? , "O czym myślisz?". A gdyby nam zadawano takie pytanie co dzień i to kilka razy dziennie...irytujące. Zastanówmy się czy on ma możliwość jakiejś innej odpowiedzi niż tej oczekiwanej. Czy faktycznie ma za co nas kochać, lubić, czy dalej jesteśmy atrakcyjne dla niego. Już nie mówię o wyglądzie, ale też nie przeszkadza być wysportowana, uczesana i schludnie ubrana...a wy co myślicie o swoich partnerach jak widzicie ich w rozciągniętym T-shircie, rozczochranych i nie ogolonych... z pilotem/tabletem/komputerem w dłoni...Czego my tak naprawdę oczekujemy od siebie łącząc się w pary, czy potrafimy być dalej sobą i akceptować dalej partnera? Jak w Polsce widzimy swoje role w związku, a jak pojmują życie w parze na przykład Chińczycy? Jak ogólnie pojmowane są role społeczne, które przecież w sposób znaczący wpływają na nasze związki, rodziny? Czy my Polki nie zatracamy się w miłości i jak tylko coś nam nie wychodzi w związku u stajemy się sfrustrowane, miłość albo nas uskrzydla albo podcina je? Prowadząc blog mam świadomość, iż jest to rodzaj eksybicjonizmu więc ja się przyznam, iż kiedyś tak właśnie odczuwałam miłość w związku..aż do zatracania. Zakochani "mogą góry przenosić", jednak tak mi się wydaje, iż kiedy to zauroczenie się kończy odczuwamy żal, załamanie w życiu, nic nam się nie chce. Poprzez idealizwanie miłości na samym początku - na końcu jest rozczarowanie "on był kiedyś inny":). Taki obraz jest odpowiedni dla nastolatków- burza hormonów, mała wiedza o życiu, ale kiedy kobiety bądź mężczyźni dojrzali dalej tak się zachowują to stanowi to problem. Żyjemy w tempie ekspresowym, często praca pochałania nas, kredyt mieszkaniowy przytłacza i jeszcze jak dołożymy problemy w miłości to partnera to robi się dramat. Jeśli chodzi o kuture chińską... związek to uczucie ale z uśiadomieniem sobie jej zagrożenia, nie ptarzenie przez różowe okulary. Związek dla ludzi Wschodu to głownie harmonia, dobro wspólne, wspólna praca, wspólne konto. Niestety to wiąże się z faktem, iż my Europa jesteśmy wychowywani w nurcie kultury indywidualistycznej, zaś większość część Azji stanowi kultura kolektywistyczna. W indywidulanej myślimy "co dobre dla mnie:", zaś w kolektywistycznej " co dobre dla innych". Dotyczy to również w związkach para myśli o sobie jako o wspólnocie, mąż i żona to jedność więc jeśli będą sprzeczki o bzdury to obydwoje cierpią, nie ma "kto jest na dole , kto na górze", kto ma racje  w kłótni o bzdury. Ciągle oczekujemy od swoich parterów kwiatów , czułych słów zamiast skupić się na budowaniu harmonii. Jeśli będzie harmonia znajdzie się czas na namiętność, ale jeśli mamy nadzieje, że nasze życie z partnerem pomiędzy pracą, kredytem i pieluchami będzie wypełnione namiętnością  jak w "Modzie na sukces" to tylko same ze sobą zwariujemy, a nasze rodziny razem z nami. Jeśli skupimy się na naszym wspólnym interesie- naszym małżeństwie i to co możemy załatwimy same, bez wciągania naszego partnera w każdy drobiazg  z naszego życia to będziemy mieć więcej czasu na wspólne tematy wspólne rozwiązywanie problemów ważnych. Czasami widzę jak małżeństwa idą razem do sklepu ...ona wybiera doniczkę , a on stoi i wyglądają jak zaraz ma wybuchnąć...no niby spędzają czas razem, ale czy ona sama nie może tego zrobić, a on niech pójdzie sobie gdzie chce. Po godzinę się spotkają każdy załatwi swoje i spędza resztę dnia razem bez zbędnych emocji wywołanych kupnem doniczki. Często słyszę ...a pokłóciliśmy się o pierdoły...właśnie po kupno jakiejś doniczki, o kolor ścian itp. Czasami mam wrażenie , ze za bardzo skupiamy się na pierdołach dnia zamiast myśleć o rzeczach ważnych. Jeśli już mamy skupiać się na pierdołach to nie wciągajmy całej rodziny. To samo dotyczy zakupów, chodzenia do kina ...niech w naszych głowach zaświta myśl, ze czasami wciągamy druga osobę do naszych zadań dnia, od tak, a często jest to nie potrzebne....Idziemy z koleżanki i z dziećmi na lody,,, to niech facet zostanie w domu, a nie...musi iść bo musi...żeby przypadkiem nie było , ze ja się zajmuje dziećmi , a o nie. I to działa w druga stronę...nie pchaj się wszędzie jak mąż idzie z dziećmi gdzieś ..ty w tym czasie zrobić cos do jedzenia albo idź na spacer, spotkaj się z kimś lub nic nie rob.... Twórzmy ustabilizowane życie w swojej psychice, nie opierajmy się na emocjach tylko na tworzeniu stabilności miedzy sobą. Jeśli mamy problemy z pieniędzmi, zdrowiem, wychowaniem dzieci- to uratuje nas harmonia rodzinna, da ona nam sile do walki. Jeśli każde z nas będzie w porządku do partnera i do siebie i skupi się na życiu, a nie kupowaniu doniczki, która nie stanowi żadnej wartości w życiu, będzie  nam lepiej, nie będzie powodów do kłótni o bzdury, a znajdzie się czas na spędzanie czasu w sposób wartościowy. Jednak żeby to zrobić, musimy wiedzieć czego oczekujemy od siebie i od partnera, ale zdejmijmy różowe okulary...zakładajmy je od czasu do czasu:)

czwartek, 26 marca 2015

KRÓTKI POST.. :D

Witam wstawiam krótki post, jutro zamieszczę coś dłuższego. Chciałam się po prostu podzielić informacją i namówić was, żebyście się również przyłączyli. Dziś dostałam kartę Dawców Szpiku. Niby nic, ale dla mnie to wielka radość. Od kilku lat chciałam się zarejestrować, ale wcześniej stan zdrowia, potem ciążę jak i podróże po egzotycznych rejonach mnie dyskwalifikowały. Jak wróciłam z Azji odczekałam te 6 miesięcy od powrotu i wysłałam swoje zgłoszenie i dziś dostałam kartę, iż się nadaje! Cieszy mnie myśl, że może za miesiąc, a może za rok, a może za kilkanaście lat będę mogła komuś tak naprawdę pomóc. Zawszę widzę przed oczami te dzieciaczki chore, tych rodziców i rodzeństwo walczące o każdy dzień życia- oni są bohaterami życia ówczesnego, wyszarpują każdy dzień, aby być razem. Z takich ludzi powinniśmy brać postawy życia, nie narzekać, cieszyć się, że możemy wyjść na spacer, pobawić się we własnym domu, planować spokojnie przyszłość, a nie spędzać cały czas w szpitalu. Jak te mamy czy tatusiowie mają ciężko, kiedy jedno z dzieci choruje, jak jedno z nich musi rozstać się z domem, pozostałymi dziećmi... jak to jest ciężko, choroba dziecka, rozstanie z rodziną, warunki szpitalne i wieczny strach o życie. 



Kochanie rejestrujcie się, a może wy kiedyś też będziecie potrzebować takiej pomocy, a może ktoś z waszej rodziny czy bliskich. Im nas więcej tym bezpieczniej dla nas samych. Pozdrawiam i jutro obiecuję umieścić dłuższy wpis.. temat o tym jak nie zanudzić się w związku, jak zwiększyć atrakcyjność w oczach naszych partnerów.

Mały krok do resjtracji wystarczy kliknąć :D www.dkms.pl



Pozdrawiam
Paulina- mama Zuzi i Józia

piątek, 20 marca 2015

CZY MY POLACY JESTEŚMY DZIWNI??

Witam!! Moje braki w pisaniu spowodowane były brakiem komputera, który coś się zaciął i leży w naprawie od ponad tygodnia, zaś mój ukochany mąż sprezentował mi nowy komputer więc ruszam do pisania z poczuciem wielkiej radości i chęci wyrażenia swoich spostrzeżeń z ostatniego okresu.
Źródło www.wp.pl
Dzisiejszy temat o mentalności Polaków jest spowodowany moimi przeżyciami ostatnich tygodni. I zaznaczam od razu ja nie generalizuje na całą Polskę swoich opinii, tylko piszę o tym co widziała j słyszałam. Od ponad miesiąca "wzięłam się za siebie "jak to się mówi i zaczęłam pogłębiać język angielski jak i wyrzeźbić ciało :) i chodzić na siłownie i na basen. I co mi się rzuciło w oczy w szatniach damskich... to takie wieczne skrępowanie własnym ciałem, zakrywanie centymetra własnego ciała przed innymi, latanie do ubikacji, żeby tylko nie pokazać się w majtkach, bądź w staniku...czasami to mnie tak śmieszy jakie systemy ubierania kobiety przyjmują, żeby zakryć się i w jakim tempie to robią... powinny być mistrzostwa świata w tej dziedzinie. Dotyczy to kobiet w każdym wieku...ja nie namawiam, żeby skakać na golasa po przebieralni ale po co takie ukrywanie się, przecież mamy wszystkie to samo, a poza tym tak naprawdę nikogo nie obchodzi jak my wyglądamy, po co komu taka wiedza. Przez te zachowania dziwaczne innych kobiet ja zaczęłam przywiązywać uwagę, iż kiedy idę na siłownie nie zakłam stringów, przecież tak nie wolno :P z tyłkiem do ludzi się wybierać, ale wczoraj założyłam ..a co trzeba rozbujać naród :) i spotkałam się z reakcją zadziwienie, kiedy to stałam w koszulce i majtkach i się odwróciłam tyłem do pań na 3 sekundy... oj wyczułam zgorszenie...ja bezwstydna! Jedna najlepsza sytuacja, śmiać mi się chciało, kiedy na basenie- pełna przebieralnia kobiet-oczywiście wszystkie poukrywane po kątach jak weszła  babeczka po 30 i zdjęła wszystko i na spokojnie się ubierała i krzątała na golasa...oo to wszystkie kobiety ze zdziwieniem na nią jak ona może i wymieniały się wspomnieniami, ale kobieta nie przejmowała się wcisnęła majtki na tyłek i stanęła w majtkach z piersiami na wierzchu suszyć włosy...spojrzenia ją okalały z każdej strony od tych świętoszkowatych. I jednocześnie przypomniałam sobie sytuacje z dnia wcześniejszego kiedy to dziewczynki w wieku szkoły podstawowej się przebierały przy mnie bez krępacji i bez jakiś durnych uśmiechów wobec siebie jak i wobec mnie...skąd w kobietach takie zawstydzenie własnym ciałem, brakiem luzu w tej strefie i negowaniem nagości innych. Po co się tak przejmować ..kobietki wyluzujcie się...może myślicie.o matko "Ale ja gruba", ale ta kobieta co stoi obok was pomyśli o sobie "Ale mam małe piersi" .. dbajmy o siebie, ale nie wstydźmy się własnego ciała po co to nam? Po nic!

Kolejne spostrzeżenie kultura osobista... jak i na siłowni, na basenie bądź w przedszkolu. Nie wiem jak wy, ale ja mam zakorzenione "dzień dobry" itp. zwroty ale czasami ja mówię wchodząc do przebieralni, a tu cisza- no jak by mi w pysk ktoś strzelił..czuje się głupio, chociaż nic nie zrobiłam dziwnego.. ale najlepsze są sytuacje, kiedy przechodzę przez miasto i idzie rodzic z przedszkola, którego mijam co dzień od 3 lat i on udaje, że mnie nie widzi...ludzie co to ma znaczyć??  Można kogoś nie lubić, ale jak będzie wyglądała Polska jak ludzie przestaną stosować kulturę osobistą, będą się zakrywać w przebieralniach i negować normalne zachowania innych ludzi?. Jak sobie przypomnę podróże po świcie, to czy to Tajlandia czy Kambodża jak i inne kraje tam każdy "Hello", kobiety z kobietami w przebieralniach gadają, śmieją się, przebierają bez krępacji, chodzą w Tajlandii Transwestyci, każdy jest jaki jest, duchowość na pierwszym miejscu, co za wolność i logika w ich działaniu... życzę sobie i wam więcej wiary w duchowość i mniej egoizmu...


Życzę miłego dnia i do zobaczenia ...lecę na siłownie... w stringach :)
Paulina - mama Józka i Zuzki

wtorek, 3 marca 2015

SAM NA SAM :) BABSKIE 3 TYGODNIE

"Razem nie zawsze sprawiedliwie "- kilka lat temu wyczytałam to w książce o wychowaniu dzieci, napisanej przez rodzinę z trojgiem dzieci. Autorom chodziło o problem dzielenia czasu w sposób sensowy i satysfakcjonujący dla wszystkich. W książce sugerowano, żeby raz w tygodniu jedno z rodziców wyszło sam na sam z jednym z dzieci - poświęciło mu pełną uwagę, bez ciągłego rozdwajania uwagi. Kiedyś jak to przeczytałam miałam negatywne nastawienie- rodzina zawsze razem i wszędzie. Ale czy czasami ma to sens, czy można spędzić czasu dostosowując zainteresowania, temperament dzieci i nasz do konkretnych planów. Jeśli jedno z dzieci zostanie z mamą/tatą w domu, a drugie pójdzie do kina i na spokojny spacer z drugim rodzicem- każde miło spędzi czas, bez szarpaniny po między dziećmi i dyskusją gdzie iść po między rodzicami :) Osobiście uważam, że siedzenie na kupie i ciągłe wychodzenie "wszyscy razem" czasami bardziej irytuje niż jest przyjemnością. Nasza rodzinka spędza bardzo dużo czasu razem ale też i osobno, czasami ja wychodzę z domu i mąż zostaje sam z dziećmi- ja się cieszę, że wybywam- on również, gdyż może robić z dziećmi co chcę bez mojego czujnego spoglądania- jak i odwrotnie. Często jedno z nas wychodzi z jednym z bąbli- nie ma wtedy konfliktów, łatwiej porozmawiać i zagłębić się w rozmowę. Czemu akurat o tym pisze? Od ponad tygodnia jesteśmy same z Zuzą, chłopaki są w Meksyku. Ten czas sam na sam z Zuzką staram się wykorzystać maksymalnie, najchętniej w ogóle nie posyłała bym ja do przedszkola tylko spędzała z nią czas- tak mi zawsze brakuje takiej satysfakcji, że dzieci są wysłuchane, bo zawsze coś- a to trzeba lecieć po jedno i po drugie, a tu z jednym coś trzeba zrobić ale drugie też potrzebuje uwagi. Chwilowo mam czas, aby zająć się córcią w pełni bez pośpieszania ...bo Józio czeka w domu, zaś Ziutek z tatą również przeżywa super chwile. Mój kochany mąż miał plan, aby wziąć dwójkę bąbli- jednak po kilku dniach dyskusji i prostego zapytania dzieci kto chce jechać- wyszło, iż chłopaki jadą na męską wyprawę. Oczywiście wszyscy tęsknimy, ale nie tragizujemy tylko korzystamy z tego co jest. Józek szaleje po Meksyku, biegając po plaży i strzelając na niby na jaszczurki i objadając się mięsem, zaś my z Zuzą spotykamy się z koleżankami, chodzimy na łyżwy, rolki, rower, filharmonia, kino, lody lub bawimy się w domu, gramy w gry planszowe. oglądamy babskie bajki, rysujemy, wycinamy i co mnie cieszy doskonalimy czytanie i grę na pianinie:)oraz miałyśmy spotkanie z dziećmi w ramach "Podróży z myszką Norką", gdzie dzięki Zuze dzieci nauczyły się piosenki "Circle", bo mi słowa się pomieszały- uratowała mi skórę córcia:) Poza tym tęsknota miedzy Józiem, a Zuzą też wyjdzie na dobre- ostatnio cały czas się kłócą i dokuczają,a teraz chcą do siebie.








I jaka będzie radość z zobaczenia się nawzajem 14 marca- ale będzie się działo- już myślę jak będzie cudownie się wyściskać. Moja rada na dziś; Nie siedzicie wszyscy razem na kupie, każdy z nas jest inny, co innego go interesuje , po co się ograniczać...to, że mąż żona wychodzi wieczorem- to dobrze- zdążycie się sobą nacieszyć- a nie zanudzić się sami sobą, jak widzicie, że jedno z was jest domownikiem to lepiej będzie jak zostanie z dzieckiem w domu- może dziecko też ma naturę domownika, kiedy drugie czy trzecie rozpiera energia i lepiej było by wyjść. Aspekt ten dotyczy również wyjść np. do kina - ja często chodzę sama- na film, który mnie interesuje, nie ciągnę męża, bo i po co? To samo z dziećmi, nie każdy film/bajka podoba się Zuzi czy Józiowi wiec po co ciągnąć dwoje?  Dajmy sobie luz w tej kwestii, kochajmy się, ale nie skazujmy się na udawanie, że "razem zawsze wesoło".

Paulina-mama Józia i Zuzi

niedziela, 15 lutego 2015

KIM SĄ I KIM BĘDĄ NASZE DZIECI- GENY CZY WYCHOWANIE. CO JEST WAŻNIEJSZE?

Często obserwuje dzieci jak się bawią, jak się odzywają do siebie, jakie są różne ich reakcję na tą samą sytuację.. to jest takie interesujące jakie są różnice między takimi małymi istotkami. To rozmyślanie coraz częściej kieruje moje myśli na toczący się spór miedzy psychologami " co jest ważniejsze- geny czy środowisko". Często podawanym przykładem jest to, iż rodzeństwo wychowane przez tych samych rodziców jest zupełnie inne. Jednak nie skupiajmy się tylko na wychowaniu przez rodziców, co jest bardzo ważne, jednak im dziecko starsze tym coraz silniejszy wpływ środowiska poza domowego i dla mnie właśnie ten okres jest bardzo ważny, jaka szkoła, jakie koleżanki/koledzy, jakie zajęcia dodatkowe- wszędzie są interesujący rodzice z dziećmi, ale trzeba ich znaleźć. Jedna z badaczek  Judith Rich Harris wyraziła opinie, iż "Dzieci wychowują się same, uczestnicząc w rówieśniczych rozgrywkach, a jedyne, co rodzice mogą uczynić dla rozwoju swoich pociech, to wnieść do ich bagażu genetycznego jak najlepszą pulę genów i dbać, by przeżyły w dobrym zdrowiu." Dzieci według badaczki muszą i się uczę same wzorców zachowań, jak zdobywać status w grupie, zaś wzorce rodzicielskie są zbyteczne. I szczerze mówiąc jedynie co się zgodzę z badaczką, to z kwestią genów dotyczących zdrowia, zaś kwestia życia społecznego zupełnie odbiega od mojego zdania. Ja jestem przekonana, iż dzieci uczą się od nas bardzo dużo- jak się zachować przy innych ludziach i chociaż czasami tego nie wcielają z powodów właśnie różnic indywidualnych. Dla przykładu ostatnio byłam z Józiem w kinie- kino Nowe Horyzonty- bez jedzenia, picia - Józek doskonal poprzez tłumaczenie i nasz przykład wie jakie są normy w kinie i był zbulwersowany, iż ludzie z tyłu siedzący za nami-dorośli-rozmawiali, odwrócił się do nich spontanicznie i powiedział "Nie można". I właśnie, gdyby chodził z takimi ludźmi zapewne normą było by rozmawianie w kinie i brak szacunku dla innych, a nasza konsekwencja i przykład nauczyły bąble nie jedzenia i nie picie jak i oczywiście ciche zachowanie w kinie jak i innych miejscach publicznych. Od ponad 2 lat im uświadamiam, iż są miejsca publiczne-tramwaj, sklepy itp, gdzie nikt nie ma ochoty słuchać krzyków innych ludzi i ich niekulturalnego zachowania i bąble prawie zawsze się do tego stosują, oczywiście czasami też ich ponosi. Drugi przykład z naszej rodziny- Zuza była bardzo nieśmiała i do tej pory ma niezwykle problemy w nowym towarzystwie więc, aby w życiu sobie lepiej radziła powzięła decyzje, iż nic na siłę- nie chcesz występować - nie idź, nie chcesz się bawić z dziećmi- nie idź, ale uświadamianie, iż nie tylko ona się wstydzi, iż tamta dziewczynka /chłopczyk też się czują tak samo- świadomość, iż nie jesteśmy jedynymi z problemem naprawdę dużo daję. Druga metoda mojej walki nieśmiałości z Zuzą  to dawać jej przykład rozmawiać z ludźmi, występować na scenie czy to przedszkola, czy jakiś festynów czy współpraca z Hospicjum Domowym, gdzie brałam udział w malowaniu buziek na festynach- pokazywanie córci postawy otwartej w sposób spontaniczny, iż daje to więcej frajdy niż stanie i obawianie się plus jeszcze jedna kwestia nauczenie dystansu do siebie i śmianie się z siebie. I powoli, powoli widać efekty co mnie bardzo cieszy, bo wszystko uczynię dla dzieci, żeby miały prościej i były bardziej lubiane. Nie muszą mieć wielkiego towarzystwa znajomych i błyszczeć, ale lepiej być lubianym i otwartym więcej człowiek korzysta z życia i znajomości. Podkreślę jeszcze raz nie na siłę, nie krytykuję jej zachowania tylko daje przykład- wiem, iż Zuzce czasami jest ciężko podejść i z kimś się pobawić taka po prostu jest ale nauczyć sobie radzić z lękiem poznania kogoś nowego - z tym jak najbardziej można sobie poradzić, ale ważne -nie wpędzać dziecko w poczucie wstydu, iż inne dzieci się bawią, a ty nie....tego nie można powiedzieć! Widzę często jak są dzieci na pierwszy rzut oka "dobrych rodziców", ale dzieciaki są często osaczone przez nich, stłamszone ich oczekiwaniami bez zrozumienia, albo nadmierną czułością, brakiem swobody działania, znam takich co by chcieli kontrolować fizjologiczne ubikacyjne potrzeby 4 letniego dziecka co jakiś czas upominają, iż czas na kupę o określonej porze dnia i co dzień- doprowadzając już do sytuacji, że prosta czynność siedzenia na kibelku dla dziecka staje się się męką po przez otoczkę rodziców wokół tej czynności. Niestety rodzice potrafią nie zwykle zepsuć również cudowne dzieci- nie biją, są dobrze sytuowani, ale krzywdzą własne dzieci tak jak i patologiczna rodzina z alkoholem- niszczą ich. Dla mnie wychowanie i kierowaniem dziecko ma ogromne znaczenie. Oczywiście jest to ciężkie, ale przecież rodzice mają obowiązek wobec dzieci, żeby ich" wychować na ludzi", szkoda iż czasami wpadają w skrajności- albo są zbyt nadgorliwi w dietach, zajęciach dodatkowych, wymaganiach albo nie nie oczekują- wychowują dzieci w sposób bezstresowy, albo całkowicie nie interesują się własnymi pociechami. Często sobie myślę jakie było by idealne wychowanie- z miłością, ze zrozumieniem, z brakiem krzyków i bicia i wyżywania się, ale z wymaganiami, krytyką durnego zachowania i kierowaniem do odpowiedniego towarzystwa poprzez na przykład  wysłanie dziecka na jedno zajęcie dodatkowe, któremu dziecko w razie nudy będzie mogło się poświecić. Ja chodzę z bąblami tu i tam- Wrocław zapewnia tyle atrakcji dla dzieci za darmo- na nich też można spotkać superowych ludzi z dziećmi- pokazy w bibliotekach, akcje wrocławskie dla dzieci. Na pewno nie dawanie dziecko braku granic- bo się zgubi między nimi! Byciem wsparciem, ale nie wyręczaniem z każdej trudnej czynności. Nie wtrącanie się w konflikty dziecięce- oczywiście jak jest przemoc to tak- dzieci lepiej sobie poradzą, dorośli zaszkodzą. Nie uczenie dziecka, iż jest najcudowniejsze i pępkiem świata. Nie oczekiwanie od innych, aby się zachwycali naszym dzieckiem- wierszykami, jak mówi itp- naprawdę ludzie udają zachwyt, ale w większości zachwycają się tylko swoim dzieckiem, a zachwyt wzbudzi dziecko naprawdę wyjątkowe, przecież my dorośli też nie zachwycimy się jak nasza koleżanka zaśpiewa nam piosenkę, zaś jak kolega zacznie śpiewać i grać na pianinie jak Elton John nasze serca się poruszą. Stojąc za poglądem, iż geny i wychowanie są bardzo ważne staram się przykładać w wychowaniu dzieci tak tylko jak mogę najbardziej i kierować ich uwagę na rzeczy istotne, pokazywać im świat możliwości- i nie mówię tu o dalekosiężnych podróżach- ale o życiu co dziennym , iż można iść na jakieś spotkanie z innymi dziećmi, że są Muzea, opowiadać jak i gdzie lubię pracują, pokazywać przez Internet jak wygląda miasto w Japonii, a jak ludzie żyją w Afryce. My rodzice mamy tyle możliwości w wychowaniu dzieci, tyle nurtów, tyle książek, tyle ekspertów- czasami idzie zwariować, ale jedno trzeźwość umysłu, mądra miłość i brak przemocy i potrzeba dać dziecko to co najlepsze spowoduje, iż za 20 lat będziemy dumni ze swoich dzieci, a nie będziemy mówić "co ja zrobiłam nie tak", wychowanie to walka o to co ważne w życiu, walka od urodzenia do dorosłości dziecka, czasami możemy mieć wrażenie, że nasze starania poszły na marne, ale to tylko chwilowo, to co będziemy powtarzać, w końcu stanie się normą. Tym czasem wracam do dzieci pobawić się, aby nie myślały, iż normą jest przesiadywanie przy komputerze w niedziele. :)

Zachęcam do oglądnięcia cudownego japońskiego filmu "Jak ojciec i syn".Jeden z moich ulubionych filmów - właśnie co ważniejsze jest geny czy wychowanie w obliczu miłości ojcowskiej wystawionej na wielką próbę. Życzę miłej niedzieli:)
Niedługo przenoszę blog na swoją stronę www.szczesliwemacierzynstwo.com oraz zapraszam na spotkanie w ramach fundacji Myszka Norka, gdzie wraz z Zuzą będę opowiadała o pobycie a Filipinach- Józek niestety nie może uczestnicy jedzie z tatą na męską wyprawę.

http://myszkanorka.pl/wydarzenie/podroz-na-filipiny


Paulina- mama Zuzi i Józka

piątek, 30 stycznia 2015

MACIERZYŃSTWO I MINIMALIZM

Dziś kiedy wracałam z siłowni obserwowałam mamę z 2 letnim bąblem jak sobie spacerują. Taki mały skrzat w czapce z pomponem dzielnie maszerował, kiedy to jego mama mu tłumaczyła o samochodach na ulicy. I  tak mocno zatęskniłam za swoimi dziećmi- nawet przebiegła mnie myśl "pobiec do przedszkola i je wyściskać". Jak w ciągu dnia, w ciągu tygodnia zabieganego, umykają nam te strefy czułości. Nie mówię o samej czynności przytulenia dziecka, ale naprawdę PRZYTULENIA- nauczenia się czerpania radości z tego przytulenia, spojrzenia na ten pyszczek, który nas tak czasami denerwuje i rozkoszowanie się tą chwilą. Dziś czytałam wywiad z żoną Seweryna Krajewskiego - wywiad dotyczył jej walki o swoje zdrowie fizyczne oraz o zdrowie psychiczne po stracie syna i tam było napisane- oczywiście wszyscy wiemy o tym :) - być dobrym rodzicem, żeby dziecko Cię lubiło, a nie tylko kochało. Czasami kochamy kogoś, bo tak jest, ale nie lubimy jego charakteru itp. Powinniśmy same siebie lubić, żeby dzieci nie męczyły się w naszym towarzystwie. Kto lubi być w towarzystwie jęczącej i wiecznie nic nie chcącej osoby? Oczywiście dla mnie to nie jest tożsame, aby nie wymagać od dziecka, lecz po prostu być ciekawą i nie upierdliwą osobą dla tej małej istoty, która musi nas słuchać i bacznie nas obserwować i też oceniać. Pomyślmy czy my chciałybyśmy się ze sobą zaprzyjaźnić? Od razu moje myśli skierowały się nad problemem mam, które jęczą "z dziećmi to tak trudno, oj nie mam czasu dla siebie, muszę schudnąć, muszę zrobić porządek w szafie itp." Czemu niektóre mamy po mimo posiadania funduszy, czasu nie potrafią się cieszyć życiem z dzieckiem, a niektóre zapracowane i liczące każdy grosz są  uśmiechnięte. I tak mi się nasunęła myśl, zaznaczam iż jest to tylko moja opinia, nie chcę nikogo urazić. Te mamy po prostu same siebie nie lubią z najróżniejszych powodów. Ostatnio byłam u koleżanki z dwójką dzieci- 4 latką i rocznym sykiem. Kiedy weszłam-  harmider w domu, koleżanka zziajana:), padnięta. Pytam się wiec czy coś jej pomóc ..ona tylko wstała otworzyła szafę i rzekła- "Nie ogarniam własnych rzeczy. Fakt- w szafie mix-fix, powpychane. W spontanicznej reakcji powiedziałam "wyrzuć połowę, będzie mniej sprzątania i wszystko się zmieści". Po mimo oporu na początku zaczęłyśmy przebierać w tych chaosie rzeczy i po 2 godzinach okazało się, iż 3/4 jest niepotrzebnych, a nawet, iż istnieją rzeczy o których już nie pamiętała. Później generalne sprzątanie rozlało się na całe mieszkanie- i koleżance się lepiej zrobiło- mniej sprzątania, wszystko się mieści i łatwiej o znalezienie czasu dla siebie- nie mówię tu nawet o wychodzeniu poza dom ale np. przeczytaniu 2 stron książki i kawa- na to się znajdzie chwila jak będzie uporządkowane życie - nie trzeba pieniędzy, wyjść do kina, żeby mieć chwile dla siebie. Kiedyś ludzie też żyli, mamy wychowywały swoje dzieci, miały takie same troski jak my, ale na pewno nie były zawalone niepotrzebnymi przedmiotami- po prostu albo nie można było tego kupić albo nie było na to stać. Dziecko miało kilka zabawek, klocki drewniane i kilka książek z serii "Poczytaj mi mamo", wieczorynkę raz w ciągu dnia i jakoś się żyło. Do czego zmierzam podając przykład koleżanki- o życie w minimalizmie. Już od dawana razem z mężem stosujemy "im mniej tym lepiej". Teraz większość z nas może sobie kupić co chce- mówię tu o dobrach pospolitych, nie tych, z wyższej półki, ale czy to co kupujemy jest nam naprawdę potrzebne? Czy jak będziemy mieć po 10 sztuk majtek, skarpet, 5 koszulek z krótkim, 5 z długim, 2 pary spodni plus getry plus jakaś sukienka i spódniczka, jedną parę butów na daną porę roku i jakiś 2 swetry/bluzy i kurtkę/płaszcz zimowy, wiosenno/jesiennym zamiast 20 par powyciąganych/ za małych rzeczy z każdej kategorii nie będzie łatwiej wyprasować, wsadzić do szafy i wiedzieć co się ma. I co jeszcze- zazwyczaj mamy ulubione spodnie itp. i tak w nich chodzimy non stop, a reszta rzeczy tkwi w szafie. Dotyczy to także dziecięcych rzeczy, zabawek i rzeczy w kuchni- jakieś garnki, patelni nie mieszczące się w szafce- a nie lepiej 3 garki w różnych wielkościach, przy rodzinie 4 osobowej- 6 talerzy z każdego rodzaju, 6 kubków itp. Po co nam 20 par tego i tamtego - dla gości? Może to wstyd, ale my mamy właśnie po 6 sztuk talerzy, kubków , miseczek sztućców po 10.Jeśli  przyjeżdża ktoś - to mam zawsze przygotowane plastikowe naczynia jak by zaszła konieczność. No tak- z drugiej strony jak się ma zmywarkę to co włoże do tej zmywarki??  I tak sobie myślę, że to kolejny chwyt-posiadanie zmywarki wymusza na nas kupowanie większej ilośc naczyń- i handel kwitnie. To samo z kosmetykami- ile macie kremów, mydeł, maseczek i innych "niezbędnych" rzeczy w łazience? Czasami leżą te rzeczy, kupione w promocji i tylko czekają, aby je użyć lub wyrzucić z powodu utarty termu ważności? A nie lepiej mieć jede puder- ale dobry i na długo starczący, tusz i dobry pędzel z pudrem, jedne cienie, mleczko/tonik do twarzy, jedną butelką szamponu i jedno mydło dla wszystkich- a nie dla męża i dzieci inne- skład mydeł ten sam. Mieć tyle, że w razie konieczności spakowania rzeczy nie biegać i nie szukać gdzie co jest, jak się będzie miało po jednej rzezy z każdego to wiadomo gdzie leży i można się spakować w 2 minuty. Leki w domu jak się ma dziecko często chorujące też zajmują miejsce- a ile z tych leków, co leża gdzieś tam w kuchni czy wsadzone w jakąs szuflade jest już nie używanych lub po terminie?:) Dziecięcy pokój- łatwiej będzie posprzątać jak się zrobi porządek, oddda się zabawki, które leża niechcicane lub już bąble wyrosły, poukłada się ubrania zimowe/letnie i wsadzi w jakiś karton czy pudło ubarania na pozostałe porę roku na szafe, a wystarczą dwie półki, żeby pomieścić ubrania jednego dziecka.Kwestia też dotyczy jedzenia- im mniej ty lepiej- kupować na 2 dni. Sklepy są wszędzie. Jak mama siedzi sama z dzieckiem p. chorym to może zrobić zakupy on-line- Tesco za 6 zł przywiezie do domu pampersy itp. Nie chomikować, nie kupować na zapas- bo się przyda. żyjemy w świecie, gdzie sklepy są o  cały czas czynne i zawsze można będzie to kupić. Po co marnować swój czas, pieniądze jak i zapychać dom rzeczami.  Im mniej rzeczy tym bardziej poukładany dom, jak i nasze życie, a dzięki temu posiadamy więcej czasu dla siebie i naszej rodziny. Jaki sens ma co dzienne polerowanie, układanie, przekładanie, odkurzanie tak naprawdę niepotrzebnych rzeczy. A ile razy zdarzało wam się kupować tą samą rzecz do domu, bo już z tego chaosu zapomnieliśmy, że ją mamy?. Może lepiej by było zamiast kolejnej bluzki czy zabawki pójść do kia/teatru z dzieckiem lub sama, pójść a jakiś kurs- zrobić coś, co nas i naszą rodzinę wzbogaci. Powszechnie jest mówione, że rzeczy materialne są chwilowe, wspomnienia wieczne jak i wiedza, która przyswoimy. To nie zajmuje miejsca, ale jest warte naszych pieniędzy, gdyż zostaje z nami na zawsze. Nie zaśmiecajmy swojego życia, prostota i przejrzystość w każdej sferze da nam spokój i przewidywalność. Kiedy będziemy spokojne, nasze pociechy na pewno to odczują, a co bardzo ważne wezmą z nas przykład i zamiast widzieć sens wiecznego kupowania kolejnej zabawki, zaczną dostrzegać, iż wyjście do kina czy muzeum albo i zbieranie grzybów daje większą radość. Nauczymy nasze dzieci, aby inwestowały w siebie, a nie w kolejne zbędne rzeczy.
Dla mnie taka ikoną minimalizmu jeśli chodzi o ubiór była Coco Chanel-prostota strojów, małą czarna stały się ikoną szyku i elegancji, która obowiązuje do dziś. Nawet jej znać firmowy to są dwie litery C- proste, a ładne.Zachęcam do oglądnięcia filmu "Coco Chanel", gdzie główna rolę gra Audrey Tautou.








Paulina- mama Józia i Zuzi

piątek, 2 stycznia 2015

WZMOŻONA KONSUMPCJA PRZED ŚWIĘTAMI JAK I BEZ NICH - SPĘDZANIE CZASÓW W HIPERMARKETACH

Wiem, wiem temat konsumpcji przed świętami jest często poruszany ale nie mogłam się powstrzymać, aby nie napisać swoich przemyśleń. Prezenty, ach prezenty te dla dzieci szczególnie- "och, ale to by się podobało naszemu bąblowi ;)"i bach do koszyka :D. W tym roku miałam do wykonania misje kupna zabawek dla 3 dzieci, zaplanowałam już przed wyjściem co kupię i gdzie i wyszłam o godzinie 10 do sklepów, aby uniknąć kolejek. Zakupy on-line odpuściłam sobie, gdyż wciąga mnie oglądanie stron i zajmuje kupę czasu. Określiłam również kwotę, że maksymalnie 100 zł na jedno dziecko i to nie wynika ze skąpstwa czy nie posiadania funduszy, ale z racjonalizacji, iż droższe nie oznacza lepsze i nie będę trząść się nad zabawką za parę stów jak dziecko trzaśnie czy upadnie i się irytować, że tyle kasy poszło. Osobiście uważam, iż dziecko powinno dostać jeden prezent od rodziców (przecież, nie będzie zawiedzione, że ciocia nie kupiła, bo i tak Mikołaj przyniósł) i to głównie w rodzinach, gdzie jest więcej dzieci i robi się problem, kto ile kupił, żeby było sprawiedliwe.
W tym roku powiedziałam, iż ja kupuje po jednym i słowa dotrzymałam. Z mężem od samego początku ustaliliśmy, iż tylko prezenty dla dzieci więc nie musi żadne z nas latać i męczyć umysł w sklepie, bo jak mężowi kupie to i babci, cioci a i jej wnukom itp. Prezenty spakowane leżały sobie już spokojnie w aucie 2 dni przed Wigilią :).Często zastanawiam się, czemu ludzie taką uwagę przywiązują do kupowania, oczywiście mi też to sprawia przyjemność i cieszy mnie myśl jak mordki będą się cieszyć  z  prezentów, ale nie zamierzam, żeby od listopada (wtedy już zaczynają się promocje świąteczne) żyć świętami oj to to nie i żeby jak się skończą szykować się do Wielkanocy od lutego :D .
źródło www.wp.pl
Jednak konsumpcja nie tylko istnieje w czasie przedświątecznym, co weekend kasy są gorące w hipermarketach od nabijania kodów. Ja staram się nie chodzić po galeriach, jakoś źle się  w nich czuje, poza tym galerie handlowe są specjalnie budowane, abyśmy się pogubili, schody ruchome są tak skonstruowane, że musimy przejść od jednego końca do drugiego, aby klient przeszedł obok większej ilości sklepów, a może czegoś nagle zapragnie mijając kolejną witrynę ociekającą promocją od promocji :). Zwrócicie na te schody uwagę jak będzie w galerii handlowej, iż ich rozmieszczenie zmusza nas do bieganiny po piętrze. Oooo i jeszcze place zabaw dla dzieci- kolejnym magnes- ja bardzo lubię bawialnie dla dzieci, ale nie te w galeriach handlowych, mamy jedną sale zabaw- nie w galerii- też w centrum miasta, tania i duża. Jak się idzie z bąblem do sali zabaw w galerii handlowej to przecież można od razu zrobić zakupy itp. Poza tym dzieci po przez jakieś sale zabaw płatne czy bez płatne w galeriach handlowych uczą się od małego spędzania czasu w sklepach i wdrażanie w nich potrzeb konsumpcji, bo wiedzą doskonale, iż oprócz sali zabaw w rogu są też frytki do kupienia, albo gdzieś jak się "pójdzie tam w lewo za salą zabaw" jest sklep z zabawkami i cel osiągnięty - konsumpcja będzie. Polska jedak jest jeszcze w tyle jeśli chodzi o spędzanie czasu w sklepach i konsumpcji. Trzy lata temu spędzaliśmy święta z bąblami w Wietnamie w Ho Chi Minh, szał w sklepach :), wszędzie choinki i Mikołaje ( z saksofonem większość- nie wiem dlaczego do tej pory), ludzie na czas Wigilii wychodzą na ulicę jest parada, a na paradzie balony, wata cukrowa, zabawki, uliczne restaurację pękają od nadmiaru gości więc też kupowanie i kupowanie ale jaka różnica zachowana ludzi- wszyscy (prawie, zapewne jakieś smutasy by też się znalazły) uśmiechnięci, radośni, świętujący po swojemu ale z jakim szczęściem. I kiedy byłam na zakupach  i rozmyślałam o świętach w Wietnamie, w jednym z sklepu  dla dzieci, stojąc przy kasie byłam świadkiem jak kobieta w średnim wieku szukała mikroskopu i z pretensjami do kasjerki, która miała tabliczkę "uczę się", że ona nie może znaleźć czegoś i zaczęła ją oskarżać o bałagan w sklepie- okres przedświąteczny i braku w personelu i nie wytrzymałam ( nie cierpię, brzydzę się ludźmi wyżywającymi się na innych) i ze spokojem w głosie, chociaż się we mnie gotowało powiedziałam, iż "Mikroskop jest przy samym wejściu , wystarczy się rozglądnąć, i jak by była bardziej uważna to by i zauważyła mikroskop, którego tak intensywnie szuka jak i informację na plakietce kasjerki, że jest nowa, a z brakami personelu niech idzie do kierownika", kobieta się zagotowała i zaczęła mi tłumaczyć, ale nie chciało mi się słuchać i dałam jej odczuć miną - ona się odwróciła i wyleciała ze sklepu. Czemu ludziom tak ciężko jest zrozumieć innych, a wyżywać tak łatwo, ta natura ludzka wychodząca przed świętami (również poza nimi, niestety) jest obrzydliwa. Niektórzy ludzie chyba zapominają się, kiedy wchodzą do sklepu- myślą, że osoby tam pracujące będą im służyć- tak mi się przypomina fenomenalny według mnie film "Służące"- jaka natura ludzka potrafi się pokazać te negatywne strony jak wiemy, iż ktoś musi być dla nas miły i pomocny. Czasami sobie myślę, że te osoby w sklepach mają wielką ochotę strzelić w łeb kupującym. Lepiej się uśmiechnąć, to jest naprawdę proste, pomyśleć jak my byśmy się czuli na miejscu danej osoby, jak nasz krzywy uśmiech i podirytowanie wpłynie na dzień pracownika sklepu, albo jakie on ma problemy, czym się musi martwić, może kiedy właśnie "Pani od Mikroskopu" wyżywa się na niej, ona myśli o swoim chorym dziecku, tysiące możliwości, tysiące problemów jest wokół nas po co uprzykrzać sobie życie, lepiej się uśmiechnąć, powiedzieć coś miłego i będzie wszystkim dookoła lepiej. Jak już musimy kupić te prezenty, po mimo tego, iż nie mamy pojęcia co kupić, to starajmy się zdystansować do tego, albo kupić online jak irytuje nas chodzenie po sklepie, bądź zlecić to innej osobie, a  na początek sobie uświadomić, iż to co mieści się w sklepie to tylko rzeczy materialne, które znikną za jakiś czas, o których nikt nie będzie pamiętał za 10 lat, a nasz spokój i szczęście wobec obcych, a zwłaszcza wobec naszych najbliższych jest i będzie doceniane zawsze i wspominane. :).

W czasie naszych podróży, zwiedzając różne miasta, trafialiśmy również do galerii handlowych, a to soczki dla dzieci, a to coś, a to coś. Największe galerie handlowe jakie widziałam to  w Singapurze, oczywiście się zgubiłam w jednej z nich. Te galerie handlowe wyglądają jak małe miasteczka, ile jest wejść, poziomów, wind- oszaleć można.  Część stacji metra również jest połączona z galeriami handlowymi. Największe centrum handlowe, czynne 24 h jest w dzielnicy hinduskiej Little India- Mustafa Center - byłam tam kilka krotnie- sklep spożwyczy jest
ogromy- kupisz tam wszytsko, jak i na pozostałych piętrach-można kupić wszytsko, dosłownie wszystko za dobrą cenę i o każdej porze. Oprócz galerii handlowych wszechobecnych, drogich butików są też stragany- to lubie najbardziej- na powietrzu, bądź w halach targowych- tam najczęściej robimy zakupy. W Polsce jest coraz mniej straganów niestety,  ale jak tylko jest okazja to wole pochodzić po nich, niż iść do galerii. Nie tylko Singapurczycy lubią spędząć czas na zakupach, ale również na Filipinach, na wyspie Cebu mieliśmy okazję być w tamtejszej galerii handlowej - był to początek naszej podróży i potrzebowaliśy sandałków i letnich ubrań dla dzieci. Oprócz sklepów w galerii również można przejechać się ciuchcią po piętrze :D oraz jest wesołe miasteczko w środku- karuzela, samochodziki. Dzieci były zachwycone ze hoho- Im również należało się po męczącej podróży- ciekawe, czy i u nas też tak będzie???

Paulina-mama Józka i Zuzi

poniedziałek, 8 grudnia 2014

SZCZEPIONKI, LEKI, MLEKA - CZY FAKTYCZNIE DAJĄ OCHORNĘ ZDROWIA NASZYCH DZIECI?

Sezon gryp, przeziębień, w aptekach kolejki po leki- cud, wszędzie reklamy przecenionych zestawów witaminowych oczywiście dedykowanych na zimę i dla każdego co innego. Firmy farmaceutyczne na pewno nie mają strat :)  Nie tylko leki, ale produkty dla dzieci są nie zwykle dochodowymi biznesami na całym świecie, gdzie może zaistnieć konsumpcja na wyższą skale. Czy jakość marki i zalety oferowane nam przez producentów należy wziąć pod krytyczne myślenie??

 

MLEKA MODYFIKOWANE  I INNE PRODUKTY DLA NASZYCH BĄBLI

Czy kupując mleko czy kaszkę dla dzieci, któraś z was zastanowiła się jak wypróbowywano pierwszy skład mleka modyfikowanego. W latach 70 "podarowano" mamą z Afryki  mleko modyfikowane. Kiedy mleko się skończyło nastąpiły konsekwencje owego podarunku. Mamą zanikł pokarm, więc nie miały z czego wykarmić dzieci, zakup mleka był nieosiągalnym sposobem więc dzieci po prostu umierały z głodu. Po tym okropnym incydencie została utworzona Międzynarodowy Kodeks Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece zabrania on między innymi dawania próbek mleka przez szpitale i tak się teraz zastanawiam-co ja dostałam w wyprawce dla dzieci w szpitalu?. Na pewno były to próbki herbatek, kremy ale czy mleka- wydaje mi się, że też a jak było u was?? Jak sobie przypomnę kiedy rodziłam Zuzę miałam problemy z karmieniem przez 6 miesięcy walczyłam o mleko, którego wciąż brakowało i to za namowa lekarki zaczęłam dawać jej mleko
fot.photo.com
modyfikowane- nie zostało to powiedziane wprost ale miałam wrażenie, że jestem złą matką i głodzone własne dziecko.. Wtedy młodsza, zamotana zrobiłam to teraz to bym od razu powiedziała co myślę, czas uczy nas, teraz już wiem, że jak moje dzieci będą miały własne dzieci będę im odradzała wszelką chemię, a już sobie wyobrażam co to będzie za 20 lat.

 Herbatki Granulowane niemieckiej firmy, uważam za największą kpinę w trosce o "zdrowie najmłodszych". Jest to świństwo dla najmłodszych, skład to sam cukier, a 100 ml wychodzi kopista łyżka cukru. Dzieci więc od małego mogą zostać uzależnione od cukru, to również dostaną gratis od cudownej herbaty dziecięcej wzdęć, nadwagi i oczywiście próchnicy.
Oczywiście inne produkty mleka, kaszki itp. również nie są pozbawione cukru. Czasami rodzicie postanawiają wychować dzieci bez poddawania słodyczy do któregoś roku życia, ale karmiąc je produktami z półek robią to nieświadomie. Czytanie etykiet powinno się stać nieodłącznym elementem zakupów, jeśli zależy nam na zdrowiu naszych dzieci.  Wystarczy przeszperać w Internecie lub zrobić zdjęcie etykiety i doczytać w domu.


WIZYTA I NAKLEJKI

Wiem, iż dzieci są przekupne i czas badania i czekanie na naklejkę jest dobrą praktyką, ale jak dzieci dostają te naklejki i widzę nazwy firm farmaceutycznych to mnie irytacja zaczyna zżerać. Nie chcę, aby dzieci były przyzwyczajone do nazw leków , firm farmaceutycznych, nawet te co nie potrafią czytać poprzez często ekspozycję tych nazw marek zakodują sobie je w główkach i firmy osiągną swój cel- będą rozpoznawane nawet przez najmłodszych.
To samo jest z tabletkami, plasterkami, syropami- kolorowe kartoniki z księżniczkami, autami, w aptece jak w sklepie z zabawkami- już czekam na tabletki z witaminami osobno dla chłopców i dla dziewczynek, bo oczywiście już na normy wiekowe jest podział, a skład w większości taki sam czy to dla starszych czy to dla młodych. Prosta witamina C- kiedyś dostałam w kroplach witaminę C za 9 zł, nie dla dzieci tylko zwykła witamina C w kroplach, wystarczyło dać 5 krople- tania w porównaniu do innych witamin, bardziej wydajna, gdyż witamina C dedykowana dzieciom kosztuje 16 zł i już dziecko od 3 roku życia potrzebuje 10 kropli więc szybciej się zużywa. Te wszystkie suplementy, dodatki, termometry, plasterki, smoczki, butelki- ile rzeczy jest niepotrzebnych ale wmawiają nam, że jesteś złą matką jak nie kupisz - jak nie kupisz to znaczy, że skąpisz na własne dziecko- wyrodna matka, czasami można oszaleć nawet w aptece :), a nie w sklepie z zabawkami:)


A CO Z TĄ EBOLĄ?

Trzy miesiące temu była afera "Epidemia Ebolii", pierwsze co przyszło na myśl, jak usłyszałam o tym w radiu, że firmy farmaceutyczne zapewne robią jakieś badania i potrzebują potwierdzenia potrzeby badań. Według WHO odnotowano 788 zgonów z powodu eboli, kiedy co rocznie na malarie umiera około 1,2 mln osób , zaś około 250 -500 tys. z powodu powikłań po grypie. Szperając w Internecie natknęłam się na wzmiankę dotyczącą wybuchu ebolii, a zaplanowanych szczepieniami ONZ. W dniu wybuchu epidemii wystąpiła ona w różnych częściach Gwinei , często oddalonych od siebie- więc prawdopodobieństwo zarażenia minimalne między ludźmi mieszkającymi w różnych miejscach. Ebola nie rozprzestrzenia się tak szybko jak można było wywnioskować z wiadomości. Trzeba mieć kontakt bezpośredni z wymiocinami, kałem czy krwią,a aby zapobiegać jej rozprzestrzenianiu trzeba mieć rękawiczki przy badaniu, w sytuacji wymiotów chorego zakryć swoją twarz, nie przenosi się ona w powietrzu. Ale daleko nie trzeba szukać w 2009 roku w Grudziądzu 350 osobom głównie bezdomnym podano eksperymentalną dawkę szczepionki na ptasią grypę- nie informując ich o tym. Pacjenci byli wprowadzani w błąd, powiedziano, iż dostają szczepionkę na grypę. Pacjenci dostawali od 5 do 10 zł za poddanie się szczepieniu, zaś właściciele przychodni 60 zł od podanej dawki. Niektórzy byli szczepieni kilka krotnie. 19 osób z osób bezdomnych umarło. Właścicieli przychodni dostali od 10 miesięcy do 2 lat kary w zawieszeniu do 5 lat. Sprawa wyszło na jaw, dzięki kłótni dwóch pacjentów, gdyż jeden z nich dostał większą kwotę pieniędzy, policjanci zaczęli się interesować tą kwestia i ich wnikliwość pozwoliła na poznanie prawdy. Tydzień temu we Włoszech zmarło19-oro ludzi zaszczepionych na grypę szczepionką dedykowaną osobą starszym. Teraz 600 tys. osób zaszczepionych we Włoszech wpadło w panikę. Oczywiście prawdy teraz nie poznamy, wyjdzie za jakiś czas na jaw, teraz mydlą oczy, że osoby te były starsze i mogły umrzeć z innych powodów, ale akurat w ciągu 48 h po podaniu szczepionki.
Jednym z moich ulubionych filmów jest "Wierny ogrodnik". Jest to historia małżeństwa, gdzie kobieta wpada na ślad eksperymentowania leku na gruźlice na ludziach w Kenii. W filmie pokazane jest jak zmusza się ludzi do brania udziału w eksperymentach medycznych, jeśli nie weźmiesz udziału - odmawiają ci pomocy medycznej, jak umierają ludzie i giną ich papiery. Film jest warty oglądnięcia. Polecam serdecznie.

AUTYZM, A SZCZEPIENIA...

Od wielu lal jest to jedno z moich zainteresowań, autyzm , przyczyny, przebieg, wszystko co dotyczy tej choroby. Duża część rodziców dzieci autystycznym widzi związek pomiędzy podaniem szczepionki skojarzonej, a wystąpieniem pierwszych objawów autyzmu. Jest piękny film "Usłyszeć ciszę" opowiada o walce lekarza i rodziców, aby wyszły na jaw skutki uboczne szczepionek.
Sama nie wiem co mam myśleć, skoro autyzm jest jeszcze niezbadany więc nie chce się wypowiadać stanowczym tonem w tej kwestii, ale obserwując co się dzieje wokół nas to może to jednak prawda.

Przyszło wychowywać dzieci w czasie dużych możliwości, ale też w świecie, gdzie trzeba się sprytnie poruszać i mieć wiecznie włączoną uwagę. Świadomość rodziców i ich krytycyzm myślenia może być drogowskazem dla dzieci jak żyć, żeby nie być robionym w balona :)


Paulina- mama Zuzi i Józia

poniedziałek, 24 listopada 2014

WAŻNE JEST TO GDZIE I KIEDY SIĘ RODZIMY- PROBLEM GŁODU

Ważne jest to gdzie i kiedy się rodzimy. Miejsce i czas determinują w znacznej mierze jak żyjemy, kim zostaniemy.


 

Dobrze by było gdyby świat był sprawiedliwy, albo chociaż miał szanse żeby być, ale jest to jedynie marzenie, świat nie jest i nigdy nie był sprawiedliwy. Na jakie życie mogą liczyć dzieci urodzone w Etiopii?? Jakie mają szanse ich rówieśnicy z Norwegii?? Często nurtuje mnie problem głodu na świecie, marnowanie jedzenia, przejadania się, narzekania dzieci przy jedzeniu, ludzi w hipermarketach pchających zawalone kosze zakupowe- zwłaszcza teraz w okresie świątecznym, te wszystkie programy kulinarne- w Europie tyle się je, tylko się mówi o jedzeniu (co zjeść, jak wysmażyć, ile kalorii, czy jedzenie jest "eko"), czasami mam wrażenie, że życie niektórych ludzi orbituje od tego co będzie na śniadanie do obiadu, a potem może "coś słodkiego" i co na kolacje, bądź bieganie po sklepach ekologicznych i szukanie nowości. Zaznaczam, iż nie krytykuje ludzi, którzy tak robią tylko dziwi mnie skala zainteresowania jedzeniem. 1 mld ludzi na świecie głoduje- oni nie myślą co tylko czy w ogóle mama będzie mogła dać coś swoimi dzieciom w ciągu dnia.  Dobrze my mamy w Polsce, w Europie- nie głodujemy, możemy liczyć na pomoc czy to socjalną, kościół,  zaś 1 mld ludzi nie może liczyć na nikogo. Według UNICEF w  Sudanie Południowym bez pomocy natychmiastowej 50.000 tys. umrze!!! Bardzo mnie poruszają problemy świata, staram się pomagać potrzebującym, szanuję ludzi, którzy naprawdę pomagają tym co naprawdę potrzebują, jednym z moich działań jest uświadamianie własnym dzieciom o problemie, o nie marnowaniu jedzenia, mówienia im wprost, że na świecie są dzieci, które nie mają co zjeść, żeby żyły w świadomości, iż na świecie są ludzie naprawdę potrzebujący, dlatego  Zuzanka po pobycie na Filipinach widziała, że dzieci jedzą głównie ryż i szanują jedzenie, jedzą wszystko, i ten widok jej przypominam jak zaczyna kręcić nosem przy jedzeniu. Oczywiście, w Polsce też możemy spotkać się z niedożywieniem dzieci- ale to jest wina nieudolności rodziców, którzy mają szanse podejść gdzieś po pomoc. Tylko o ile w Polsce dziecko niedożywione to takie, co nie zje ciepłego posiłku to w innym kraju to dziecko, które nic nie zje przez cały dzień.  Rok temu polska fundacja  "Maciuś" opublikowała własne badanie, z którego wynika, iż w Polsce 800 tys. dzieci cierpi na głód. Kiedy wczytamy się krytyczniej w badanie odnajdziemy, iż badanie zostało przeprowadzone  na dzieciach w klasie 1-3, który w Polsce w 2013 roku było 100 tyś, reszta 700 tyś dzieci (0-18 lat) została uogólniona na cała resztę nieletniej populacji, zapewne w celu wywołania "afery głodowej" w Polsce. Oczywiście można się domyślić po co owa fundacja chciała rozgłosu.

Kiedy się tak zastanawiam to myślę czy znam rodzinę, która głoduje. Znam mnóstwo, co maja problem z finansami ( głównie kredyty hipoteczne, bądź wydatki związane ze zdrowiem), ale czy głodują to nie.

 

 

Problem głodu jak każdy z nas wie, iż występuje głównie w Afryce i w Południowo-Wschodnia Azja.

Jakiś czas temu oglądałam dokument o marnowaniu jedzenia i była mowa o Brazylii.Matka opowiadała, iż kiedy nie ma co podać dzieciom wieczorem, wrzuca  kamienie i udaje, że gotuje czekając, aż dzieci zasną. Czy my matki polskie wyobrażamy sobie taka sytuacja, że nawet nie jesteśmy w stanie kupić dziecku bułkę lub ziemniaki??? Również w tym dokumencie była bardzo ciekawa kwestia dotycząca otyłości w Ameryce (co nie jest nowością), ale kwestia iż część dzieci mieszkające w biednych dzielnicach nigdy nie jadło owoców i warzyw, po prostu nie są one sprzedawane w niektórych dzielnicach. W sklepikach są tylko słodkie napoje, cukierki itp. Kolejną ciekawostką jest to w tych najbiedniejszych dzielnicach na każdym rogu jest fast food- mac, pizza, kfc itp.  Zastawiam się czy to wynika, iż ludzie uboższy wydadzą więcej na jedzenie fast food, bo nie stać ich na lepsze jedzenie czy mają mniejszą świadomość.

Kiedy słyszę od kogoś "A co będzie na obiad, głodny jestem bądź umieram z głodu (gdyż widzę w myślach dzieci umierające z głodu- jest to straszna śmierć!!-trwa do 6 tygodni- organizm pozbawiony jedzenia glukozy, zaczyna ją wytwarzać z zasobów tłuszczowych)" irytuje się i mówię, że po co tak mówić, idź do sklep, ugotuj i już, po co tyle mówić o jedzeniu, kiedy jest one wszędzie. Niedługo święta, szał zakupowy i znów mnóstwo jedzenia do wyrzucenia- nigdy tego nie zrozumie, czy nie można kupić normlanie tyle ile się zje? Ale nie tylko od święta tak jest robione, cały czas jest wyrzucone jedzenie, czy nie można kupić kilka plastrów sera czy wędliny, kilka bułek, 4 jabłka itp. żeby nie musieć wyrzucać....  ( i również marnować swoje pieniądze) to nie jest trudne, tylko trzeba się oprzeć "żądzy kupowania" i jak najwcześniej nauczyć tego dzieci.

Problemem jest u nas, że dziecko nie zjadło, lata się za nim, przeżywa co i ile zjadło itp. tylko może w końcu uświadomić sobie, iż nasze dziecko nie zagłodzi się, przyjdzie lub da znać jak zgłodnieje, nic złego mu się stanie. Dajmy sobie spokój z tym jedzeniem....dzieci są hedonistyczne- nie zrobią sobie krzywdy w tej kwestii....

 

Pamiętajmy, kiedy stoimy przy kasie z pełnym koszykiem o tych mamach, które tak jak my kochają własne dzieci, jak muszą znosić płacz swoich dzieci z głodu i udają, że gotują im kolacje, a w garnku są same kamienie- odłóżmy wtedy z koszyka to czego tak naprawdę  nie potrzebujemy......